Tekst pochodzi ze zbioru „Ponure igraszki”.
Choinka, jak to największemu kretynowi wiadomo, jest to mała jodełka, których tysiące kradnie się w rządowych albo dworskich lasach w połowie grudnia, poczem się je za ciężkie pieniądze sprzedaje na placu Napoleona; największe i najwspanialsze kupują bogaci Izraelici dla swoich Zbyszków i Dąbrówek, średnie kupują szewcy, rzeźnicy i piekarze, uczciwy zaś katolik czasem kupi jakieś mizerne drzewko.
Ponieważ jest ono świętym drzewkiem Bożego Narodzenia, przystraja się je w kolorowe ozdoby, wyrabiane na Nalewkach. Pod nim kładzie się w wieczór wigilijny szczodre podarunki i bogate dary, jako to: wełniane skarpetki, parciane szelki, wyszywane pantofle, spinki za pięćdziesiąt groszy, a dla wiernego tłumoka, kucharki – trzy metry barchanu. Po świętach wyrzuca się rzewne drzewko na śmietnik, a obdarowany wyrzuca wełniane skarpetki, szelki, pantofle itd. Jedynie wierny tłumok zatrzymuje barchan z serdecznym westchnieniem:
– Ot, hrabię od ciężkiej cholery, myślą, że porządna dziewczyna w barchanach będzie chodziła!
Nic przez to jednak nie traci piękny zwyczaj zapalania świateł na choince i nabierania na kawał łatwowiernych dzieci, które z upojeniem patrzą na zrobione przez Żydków na ulicy Gęsiej „anielskie włosy” i serduszka.
Starsi patrzą na choinkę z większym zrozumieniem rzeczy i z głębokim namysłem; wprawdzie świętym drzewem polskim jest ta zaczarowana wierzba, na której rosną gruszki, a tego roku weksle, ale i na choince dałoby się też coś niecoś powiesić. Toteż kto mógł, ten kogoś powiesił. Każdy sobie ulżył i z nabożeństwem, i ze wzruszeniem patrzy, jak sobie tamten przyjemnie na gałęzi dynda, i każdy rzewnie podśpiewuje:
– „Chwała na wysokości, a pokój na ziemi!”
Polski inteligent jedynie sam się powiesił z rozpaczy.
Miłe to są święta i rzewne, święta pokoju i pojednania.
Ponieważ jednak nie można tak od razu wyzbyć się ludzkich błędów, myśli sobie ten i ów, że nigdy łatwiej wróg jego nie może się zadławić ością, jak podczas tych świąt, kiedy się je tyle ryb; nigdy nie ma w roku tak dobrej sposobności do śmiertelnego zatrucia się grzybami. Dlatego tylu ludzi uśmiecha się do swoich myśli.
Radują się mędrcy i pastuszkowie; wprawdzie tylko radość została ta sama, bo dary zubożały: trzej królowie wędrują z mirrą, kadzidłem i z bilonem zamiast złota, pastuszkowie zaś miast jagnięcia przywiedli ze sobą posła Sanojcę – niebo jednak patrzy na intencje, nie na dary.
Ze śpiewaniem dobrych pastuszków też jest gorzej, bo jak z radości ryknęli na próbę w szopie sejmowej, to się święta ziemia zatrzęsła. Tak to się kmiotkowie wzmogli na sercu.
– „Radość wszelkiego stworzenia!…” Nawet dolar się ucieszył i wesoło skacze, nawet Żydowie rwetes czynią na placu Bankowym. Ten się cieszy, że i tamten zbankrutował, tamten się cieszy, że i temu także zabrali meble. A komornik, do fabryki przyszedłszy, dźwięcznym dyszkantem tak rzewnie śpiewa:
– „Wesołej nowiny, bracia, słuchajcie!” – po czym wesołą kolędę przybija na bramie.
Śliczne, ach śliczne to są święta!
Podobno w noc wigilijną takie się dzieją cuda, że nawet zwierzaki w tę noc ludzkim przemawiają głosem; cóż z tego, kiedy jest to święto tak uroczyste, że u nas sprawdzić tego nie można, bo wszystko się rozjeżdża i w żadnej instytucji publicznej nie ma posiedzenia… O, jaka szkoda!
W Polsce, która uwielbia te święta, dzieje się raczej przeciwnie, bo najbardziej nawet pyskaty katolik, pałę z rozrzewnienia zalawszy, traci zdolność ludzkiej mowy i rzęzi, jak wół, kiedy jest w dobrym humorze. Nikt jednak na świecie, ani w Europie, ani w Afryce, tak serdecznie nie czci tego święta, jak Polacy.
Gdyby zjadł i barszcz, i zupę grzybową, i zupę rybną, i rybę pieczoną, i gotowaną, i po żydowsku, i pulpety z lina, i grzyby, i kluski, i miód z makiem, i mak z miodem, i jabłka, i orzechy, i strucle, i torty – rozpuknąłby się Francuz z wielkim trzaskiem, skonałby Włoch w męczarniach, zataczałby się Anglik, jak kołowaty, zwariowałby Hiszpan misterny, ryczałby srogi Murzyn – a Polak, przedziwnego humoru z ukontentowania nabrawszy, odsapnie tylko i kolędę śliczną wyciąga. Ha! Któż tedy najpracowiciej i najsumienniej umie uczcić Pana Boga? I to nie raz, tylko tak przez trzy dni, aby i niebu sprawić przyjemność, i bliźniego przyprawić o lekkie konwulsje, bo się z dawnych czasów zachował miły bardzo zwyczaj wzajemnego odwiedzania się podczas świąt, w myśl zasady wybornej: „ma się on nażreć u mnie, wolę ja u niego…”
Dziw też to jest nad dziwy – i mimo wszystkiego dowodzi to wielkiej powściągliwości polskiej – że gość nie zjada siana, ułożonego pod obrusem.
Będzie ono jedynym daniem świątecznym na wigilii u literatów… Tak, tak… Ani choinki, ani ryby – chyba śledź… Chyba niebieskie migdały i gorczycy dwa ziarnka…
Ja jestem w tym szczęśliwym położeniu, że będę miał do tego wszystkiego trochę tradycyjnego maku: nasypię go sobie z główki mojego nazwiska.
Hej, kolęda, kolęda!