Jack London, Wyprawa na piratów ostrygowych (A Raid on the Oyster Pirates)

Opowiadanie pochodzi ze zbioru: Przygody w Zatoce San Francisco.

Przygody w zatoce San Francisco
Przygody w zatoce San Francisco

Spośród dowódców patrolu rybackiego, pod których rozkazami różnymi czasy byliśmy obaj, Charley Le Grant i ja, ceniliśmy najwyżej Neila Partingtona. Nie mieliśmy nigdy uczciwszego i odważniejszego dowódcy. Wymagając od nas, jako od swych podwładnych, bezwzględnego posłuszeństwa, był z nami jednocześnie w stosunkach koleżeńskiej zażyłości i dawał nam swobodę, do której przywykliśmy. Fakty, które podaję w niniejszej opowieści, niechaj będą tego dowodem.
Rodzina Neila mieszkała w Oakland na Lower Bay, jakieś sześć mil morzem od San Francisco. Pewnego dnia, będąc na wywiadach w chińskim miasteczku poławiaczy krewetek na Point Pedro, otrzymał on wiadomość, że żona jego leży bardzo chora; nie upłynęła godzina, a już nasz Reindeer podążał ku Oakland. Wiała mocna północno-zachodnia morka i rozpienialiśmy wody zatoki pod pełnym wiatrem. Wpłynęliśmy na oaklandzki bugaj i zarzuciliśmy kotwicę. Przez pierwsze dni nieobecności Neila zajmowaliśmy się reperacjami na Reindeer, umocniliśmy olinowanie, ponownie rozmieściliśmy balast, oskrobaliśmy kadłub, doprowadzając cały jacht do porządku.
Lecz potem czas zaczął się nam dłużyć. Żona Neila była niebezpiecznie chora i jeszcze z tydzień miała poleżeć w oczekiwaniu na kryzys. Charley i ja włóczyliśmy się we dwójkę po dokach, nie wiedząc, co z czasem robić. Pewnego dnia znaleźliśmy się na przystani Oakland City, u której stała na cumach flota poławiaczy ostryg. Przeważnie były to mocne, zwinne żaglówki, zbudowane na szybkość i złą pogodę. Siedliśmy w górze na przecznicy doku, by się im przyjrzeć do woli.
– Dobry połów, zdaje się – powiedział Charley, wskazując na trzy kupy ostryg, które, posortowane wedle rozmiarów, piętrzyły się na pokładzie.
Kramarze podpychali swe wagoniki do zrębu mola; z ich targów i gadaniny udało mi się dowiedzieć ceny ostryg.
– Na łodzi tej muszą mieć ostryg co najmniej na dwieście dolarów – obliczyłem. – Ciekawym, ile czasu zabrał połów tego ładunku?
– Trzy do czterech dni – odpowiedział Charley. – Niezły zarobek dla dwóch ludzi – po dwadzieścia pięć dolarów dziennie na głowę.
Łódź, o której mówiliśmy, Ghost, stała przycumowana pod nami. Załoga jego składała się z dwóch ludzi. Jeden był przysadzisty, barczysty i miał niepomiernie długie, goryle ręce, drugi zaś wysoki i proporcjonalnie zbudowany, z jasno niebieskimi oczami i szczotką czarnych, sztywnych włosów na głowie. Kontrastowość tej twarzy tak dalece rzucała się w oczy, że pozostaliśmy na miejscu dłużej, niż zamierzaliśmy.
I dobrze się stało. Postawny, starszy jegomość, wyglądający z ubrania i ze sposobu zachowania na zamożnego kupca, nadszedł górą doku i stanął za nami, patrząc w dół na Ghosta. Robił wrażenie zirytowanego, i im dłużej patrzył, tym bardziej się irytował.
– To są moje ostrygi – wybuchnął wreszcie. – Wiem, że to moje ostrygi. Najechaliście tej nocy moje złoża i obrabowaliście mnie znowu.
Człowiek wysoki i człowiek przysadzisty z Ghosta jednocześnie podnieśli wzrok ku niemu.
– Hallo, Taft – powiedział przysadzisty z bezczelną poufałością. (W zatoce nazywano go „Stonogą”, wskutek owych łap gorylich). – Hallo, Taft – powtórzył tym samym bezczelnym tonem. – Co się pan tam w górze wydzierasz?
– To są moje ostrygi – oto, co twierdzę. Ukradłeś je pan z moich złóż.
– Cwaniak z pana – brzmiała drwiąca odpowiedź Stonogi. – Rozróżniasz pan swoje ostrygi na oko?
– Jak żyję – wtrącił wysoki – nie słyszałem, żeby ostrygi, z tego czy z owego końca zatoki, czymś się różniły, a nawet żeby czymś się różniły na całym świecie. Nie chcemy się z panem kłócić, Mr. Taft, lecz gdzie są dowody, że ostrygi są pańskie? Jak pan możesz nazywać nas złodziejami i bandytami?
– Wiem, że są moje; głowę dałbym za to – parsknął Mr. Taft, na kształt wściekłego morsa.
– Dowiedź pan tego – wyzywająco rzucił wysoki drapichrust, który, jak mi później powiedziano, był mistrzem w sztuce pływania i dlatego nosił przezwisko „Delfin”.
Mr. Taft wzruszył ramionami bezradnie. Nie mógł, oczywiście, dowieść, że ostrygi stanowią jego własność, choć był tego najzupełniej pewny.
– Dałbym tysiąc dolarów, by zobaczyć was na ławie oskarżonych! Daję po pięćdziesiąt dolarów od głowy, ilu was tam jest, za aresztowanie i dowiedzenie wam winy!
Ze wszystkich łodzi ryknięto na to śmiechem, gdyż reszta piratów z dalszych żaglówek przysłuchiwała się pilnie.
– Więcej pieniędzy da się zarobić na ostry­gach – sucho zauważył Delfin.
Mr. Taft wykręcił się na pięcie i odszedł raptownie. Charley śledził go kątem oka. Po paru minutach, gdy tylko zniknął na zakręcie, Charley powstał od niechcenia. Poszedłem za jego przykładem i powlekliśmy się w przeciwnym do obranego przez Mr. Tafta kierunku.
– Chodź! Prędko! – szepnął mi Charley, gdyśmy zostawili za sobą flotę poławiaczy ostryg.
Zawróciliśmy i, wyglądając zza rogów, pobiegliśmy z powrotem przez bocznice, dopóki nie zamajaczyła nam w oddali korpulentna osoba Mr. Tafta.
– Idę umówić się z nim o nagrodę – rzucił Charley, zmierzając śpiesznie ku właścicielowi złóż ostrygowych. – Neil posiedzi tu jeszcze z tydzień, a my dwaj moglibyśmy przez ten czas co zarobić. Co ty na to?
Podeszliśmy do Mr. Tafta.
– Naturalnie, naturalnie – powiedział on, kiedy Charley się przedstawił i wyjaśnił, w jakim interesie go zaczepia. – Ci złodzieje rokrocznie okradają mnie na tysiące dolarów. Chcę ich za wszelką cenę pochwycić – tak, panie, za wszelką cenę. Powiedziałem, że dam po pięćdziesiąt dolarów za głowę i jeszcze będę uważał, że dobry robię interes. Obrabowali moje złoża, pozrywali wystawione znaki, terroryzowali moich dozorców, a w ubiegłym roku jednego z nich nawet zabili. I nic nie mogłem im dowieść. Stało się to pod osłoną nocnych ciemności. Trup dozorcy i żadnych dowodów. Detektywi nic nie wskórali. W walce z nimi nikomu dotąd się nie udawało. Nie aresztowaliśmy jeszcze ani jednego. A więc, Mr. – zapomniałem, jakie pan wymienił nazwisko?
– Le Grant – odpowiedział Charley.
– A więc, Mr. Le Grant, jestem panu bardzo wdzięczny za gotowość zajęcia się tą sprawą. I z prawdziwą przyjemnością służę panu wszelką pomocą. Moi dozorcy i łodzie są do pańskiej dyspozycji. W każdej chwili może mnie pan znaleźć w biurach moich w San Francisco. I niech się pan nie zraża wydatkami. Pokryję wszelkie wydatki, oczywiście, w granicach zdrowego rozsądku. Sytuacja staje się rozpaczliwa i musi się wreszcie wyjaśnić, czy do mnie, czy do tej bandy zbójów należą te złoża ostrygowe.

Przygody w zatoce San Francisco
Przygody w zatoce San Francisco


– Teraz chodźmy do Neila – rzekł Charley, gdy odprowadziliśmy Mr. Tafta na pociąg do San Francisco.
Neil Partington nie tylko nie sprzeciwił się naszym planom, ale był nam bardzo pomocny w ich urzeczywistnieniu. Zarówno Charley, jak i ja, o połowie ostryg nie mieliśmy pojęcia, on zaś znał się na tym doskonale. Wyjaśnił nam wszystko, a w godzinę później przysłał młodego Greka, lat siedemnastu czy osiemnastu, który znał wszelkie arkana procederu piratów ostrygowych.
Muszę tu zaznaczyć, że my dwaj byliśmy w dość luźnym związku z patrolem. Podczas gdy Neil Partington był regularnym milicjantem i otrzymywał stałą pensję, Charley i ja, będąc delegatami, otrzymywaliśmy tylko nasz dział, tzn. pewne odsetki od kar, nałożonych na przestępców, zasądzonych za złamanie przepisów rybołówczych. A również dostawały się nam przy sposobności i nagrody. Zaproponowaliśmy Partingtonowi udział w nagrodzie Mr. Tafta, lecz nie chciał o tym słyszeć, twierdząc, że i tak dość byliśmy mu pomocni i będzie się cieszyć, jeżeli tym razem zarobić nam się uda.
Odbyliśmy dłuższą naradę wojenną i ułożyliśmy plan działania. Na Lower Bay nas nie znano, ponieważ w całej zatoce wiedziano, że Reindeer jest kutrem milicyjnym. Grek (na imię miał Nicholas) i ja mieliśmy pożeglować razem jakimś stateczkiem o niewinnym wyglądzie aż na wyspę Asparagus i tam przyłączyć się do floty piratów ostrygowych. Kierując się wskazówkami Nicholasa co do położenia złóż i sposobu najazdów na nie, zamierzaliśmy schwytać piratów na gorącym uczynku. Charley z dozor­cami Mr. Tafta i oddziałem konstablów miał oczekiwać nas na brzegu we właściwej chwili.
– Wiem o jednej łodzi – powiedział Neil pod koniec rozmowy – która nadawałaby się doskonale na waszą wyprawę. Jest to stary kuter żaglowy, stary śmieszny rupieć. Stoi po przeciwnej stronie za­toki, u Tiburon. Możecie dostać się promem na drugą stronę, nająć kuter za grosze i pożeglować natychmiast na złoża ostrygowe.
– Szczęść wam Boże, chłopcy – żegnał nas dwa dni później, gdy wyruszaliśmy na wyprawę. – Pamiętajcie, że to niebezpieczni ludzie, i bądźcie ostrożni.
Bardzo tanio udało się nam wynająć kuter. Ze śmiechem i żartami skonstatowaliśmy, że był starszy i komiczniejszy nawet, niż go nam Neil Partington opisał. Był to statek płaskodenny z kwadratową rufą, podnoszonym masztem, obwisłym olinowaniem, zwietrzałymi żaglami i popsutymi blokami, ciężki do żeglowania i niepewny w obrotach, cuchnący przy tym niemiłosiernie smołowcem, którym nie wiadomo po co wysmarowany był od dziobu do rufy i pomostu na kabinie aż po lukę centralną. A nadto nazywał się Coal Tar Maggie, co stało wielkimi, białymi literami drukowanymi po obu jego bokach i wzdłuż całej długości.
Nic się nam nie wydarzyło podczas komicznej naszej podróży z Tiburon na Wyspę Asparagus. Przybyliśmy tam dnia następnego popołudniu. Flota piratów ostrygowych stała na wodach, zwanych „Deserter Beds”. Łódź nasza przywlokła się między statki piratów, którzy wylegli na pokłady, by jej się dobrze przyjrzeć. Nicholas i ja przejęliśmy się duchem naszej żaglówki i prowadziliśmy ją w najniezdarniejszy sposób, na jaki tylko mogliśmy się zdobyć.
– Ki diabeł? – zawołał jeden z piratów.
– A to ci pudło! – wykrzyknął drugi.
– Niech mnie diabli porwą, jeżeli to nie sama potopowa arka! – gestykulując gorylimi łapami, wrzeszczał Stonóg z Ghosta.
– Hej! Wy tam na kliprze! – ryknął inny znów. – Z jakiego to przybywacie portu?
Nie zwracaliśmy uwagi na żarty, zachowując się z przejęciem typowych żółtodziobów, zupełnie jak gdyby Coal Tar Maggie pochłaniała całą naszą uwagę. Zabiegłem kawałek na nawietrzną Ghosta, a Nicholas skoczył na dziób, by spuścić kotwicę. Każdy by się poznał, że była to fuszerka czystej wody. Łańcuch wił się nam i plątał, przeszkadzając kotwicy grunt chwycić łapami. A przy tym Nicholas i ja graliśmy rolę strasznie przejętych i robiliśmy rozpaczliwe próby doprowadzenia łańcucha do porządku. Bądź co bądź, udało się nam zamydlić oczy piratom, którzy, widząc nasze kłopoty, wpadli w iście cielęcy zachwyt.
Lecz łańcuch pozostał skręcony i wśród wszelkiego rodzaju drwiących rad i uwag zniosło nas na Ghosta, który bukszprytem zrobił nam w wielkim żaglu potężną dziurę. Stonóg i Delfin, stojąc na dachu kabiny, aż się pokładali ze śmiechu i ani myśleli przyjść nam z pomocą. Wreszcie, po serii różnych niezwykłych manewrów, udało nam się odepchnąć od Ghosta i odkręcić łańcuch, którego wypuściliśmy z trzysta stóp. Ponieważ głębokość w tym miejscu wynosiła tylko dziesięć stóp, Coal Tar Maggie miała swobodę ruchów w kole o średnicy sześciuset metrów. Z łatwością mogło ją więc znieść na którykolwiek ze statków pirackich.
Stały one jeden przy drugim na krótkich kablach ze względu na dobrą pogodę. Piraci wydziwiali, co się zmieści, że nie wiemy, ile łańcucha wypuścić. Nie tylko, zresztą, wydziwiali, lecz i zmusili nas do skrócenia go z powrotem do trzydziestu stóp długości.
Olśniwszy piratów w dostatecznej mierze naszą niezwykłą niezdarnością, Nicholas i ja zeszliśmy na dół i zabraliśmy się do gotowania kolacji. Winszowaliśmy sobie pierwszego sukcesu. Ledwie skończyliśmy jedzenie i zmywanie talerzy, gdy czółno zazgrzytało u burty Coal Tar Maggie i ciężkie kroki zadudniły po pokładzie. Po chwili brutalna fizjonomia Stonoga ukazała się na schodni. Zlazł do kabiny, a za nim Delfin. Nie zdążyli jeszcze usadowić się na koi, a już przybiło następne czółno, a za nim trzecie i czwarte, siódme, dziesiąte, póki wszyscy piraci nie zebrali się na naszym smoluchu.
– Skądżeście świsnęli to stare pudło? – spytał przysadzisty, włochaty osobnik z okrutnymi oczami i meksykańskimi rysami twarzy.

Przygody w zatoce San Francisco
Przygody w zatoce San Francisco


– Nie świsnęliśmy – odparł Nicholas, uderzając w ten sam ton i umacniając pirata w podejrzeniu, że ukradliśmy Coal Tar Maggie. – A gdyby nawet, to i co z tego?
– Nic, tylko, że macie gust pod psem! – drwił osobnik z twarzą Meksykanina. – Wołałbym kisnąć na brzegu, niż grabić pudło, które może być tylko zawadą.
– Skąd o tym mogliśmy wiedzieć, nim je wypróbowaliśmy? – zapytał Nicholas tak niewinnie, że wszyscy ryknęli śmiechem. – A skąd dobywacie ostrygi? – wtrącił łakomie. – Chcemy mieć cały ładunek ostryg; przyszliśmy tu po to – po ładunek ostryg.
– A po co wam one? – spytał Delfin.
– Chcemy je oddać naszym przyjaciołom – odparł Nicholas. – Jak i wy, pewnikiem.
Tu znów nastąpił wybuch wesołości; nasi goście rozruszali się widocznie i nie ulegało wątpliwości, że nie powzięli najlżejszego podejrzenia ani co do nas samych, ani co do naszych zamiarów.
– A ja widziałem ciebie jednego dnia w Oakland? – nagle zwrócił się do mnie Stonóg.
– Tak – odpowiedziałem śmiało, chwytając byka za rogi. – Patrzyłem na was i kombinowałem, czy pójdziecie na ostrygi i kiedy. To dobry zarobek, jak wyliczyłem, więc zabieramy się do tego ostrygowego interesu. – To jest – poprawiłem się spiesznie – jeżeli nas weźmiecie.
– Powiem ci, brachu, jedną rzecz, prostą jak obręcz i to sobie dobrze wbij w głowę – odpowiedział. – Obejrzyjcie się za zręczniejszą łodzią. Nie chcemy się zasypać przez taki grat, jak to wasze pudło. Zrozumiano?
– Pewnie – powiedziałem – Jak tylko sprzedamy ostrygi, sprawimy sobie ekwipunek, jak się patrzy.
– A jeżeli pokaże się, że z was morowe chłopy i w sam raz do roboty – ciągnął – to czemu nie mielibyśmy was zabrać? Ale jeżeli z was patentowane dranie (tu zagrzmiał surowo i groźnie), to pożałujecie, żeście na ten świat przyszli. Zrozumiano?
Z początku nasłuchaliśmy się jeszcze wielu podobnych ostrzeżeń i napomnień; potem rozmowa potoczyła się gładko; wszyscy mówili naraz i dowiedzieliśmy się, że jeszcze tej nocy wyprawiają się na złoża ostrygowe. W godzinę później, odbijając od naszego smolucha, pozwolili nam wziąć udział w wyprawie, zalecając, byśmy pamiętali, że im „więcej, tym lepiej”.
– Czy przypatrzyliście się temu drabowi z twarzą Meksykanina? – spytał Nicholas, gdy wszyscy piraci odpłynęli na swe żaglówki. – To Barchi ze Sporting Life Gang, a ten, który z nim przybył, to Skilling. Obaj są teraz na wolnej stopie za kaucją pięciu tysięcy dolarów.
Słyszałem już przedtem o Sporting Life Gang, bandzie typów spod ciemnej gwiazdy i przestępców, terroryzującej nadmorskich mieszkańców Oaklandu. Dżentelmeni ci mieli stałe miejsce zamieszkania w więzieniach, odsiadując kary za wszelkiego kalibru przestępstwa, poczynając od krzywoprzysięstwa i oszustw przy wyborach, a kończąc na morderstwach.
– To nie są zwykli piraci ostrygowi – ciągnął Nicholas. – Przyjechali tu na gościnne występy, by uciułać parę dolarków. Tymczasem wpadli nam w oko.
Siedzieliśmy w luce od miecza i omawialiśmy detale naszego planu. Po jedenastej doszedł nas chrobot wioseł od strony Ghosta. Spuściliśmy wówczas nasze czółno, rzuciliśmy do niego parę worków i powiosłowaliśmy w tamtą stronę. Wkrótce znaleźliśmy się wśród innych czółen, gdyż wszyscy piraci ostrygowi zebrali się, by razem ruszyć na rabunek złóż.
Ku memu wielkiemu zdziwieniu skonstatowałem, że na naszym miejscu kotwicznym, gdzie przedtem było dziesięć stóp głębokości, pozostała zaledwie stopa. Zaczął się wielki czerwcowy odpływ przy pełni księżyca, a ponieważ wody miały jeszcze odpływać przez półtorej godziny, należało się spodziewać, że niebawem, przed nastąpieniem pory cichej wody, dno zupełnie się wynurzy.
Złoża Mr. Tafta były o trzy mile od kotwicznego miejsca i długo wiosłowaliśmy bez słowa w ariergardzie innych czółen, ciągle ocierając się o dno zatoki i zawadzając o nie wiosłami. Wreszcie dostaliśmy się na miękki muł, pokryty ledwie dwucalową powłoką wody, na którym czółna osiadały. Lecz piraci w jednej chwili wskoczyli do płytkiej wody. Posuwaliśmy się ciągle naprzód, popychając przed sobą płaskodenne dwa czółna.
Pod przesłoną wysokich chmur ledwie był widzialny świetlisty krąg księżyca, lecz piraci orientowali się z pewnością siebie starych praktyków, dobrze znających drogę. Przewędrowawszy z pół mili po miękkim mule, natrafiliśmy na głęboki kanał, po którym powiosłowaliśmy w górę, mając po obu stronach wysokie i suche ławice. Były to ogołocone złoża ostrygowe. Wreszcie dopadliśmy złóż niewyeksploatowanych. Dwaj ludzie na jednej z ławic okrzyknęli nas i ostrzegli. Wówczas Stonóg, Delfin, Barchi i Skilling wysforowali się naprzód, objęli dowództwo i wszyscy, a było nas co najmniej trzydziestu w piętnastu czółnach, powiosłowaliśmy wprost ku dozorcom.
– Lepiej byście dali stąd nogę – krzyknął Barchi groźnym głosem – bo przedziurawimy wam skórę, że was rodzona matka nie pozna.
Dozorcy cofnęli się roztropnie przed przeważającymi siłami i powiosłowali kanałem ku brzegowi. Zresztą było z góry ułożone, że tak właśnie mają postąpić.
Wyciągnęliśmy dzioby łodzi na brzeg wielkiej ławicy i wszyscy, ilu nas było, rozproszywszy się cokolwiek, zaczęliśmy zbierać ostrygi i wrzucać je do worków. Od czasu do czasu chmury się przerzedzały i wówczas przy świetle księżyca wyraźnie widzieliśmy na dnie duże ostrygi. W mgnieniu oka niemal worki były pełne. Odnosiliśmy je na czółna, skąd braliśmy nowe. Nicholas i ja musieliśmy powracać do łodzi wraz z innymi; za każdym razem odnosiliśmy niewielkie partie ostryg. Denerwowaliśmy się przy tym bardzo, bo zawsze u łodzi uwijali się piraci.
– Mniejsza z tym – powiedział Nicholas – mamy czas. Zbierają coraz dalej i dalej; będzie im za daleko odnosić worki do czółen; wypełniwszy je, zaczną zostawiać, by je wziąć stamtąd dopiero, gdy nadejdzie przypływ i będą mogli do nich podpłynąć czółnami.
Tak minęło dobre pół godziny. Nastąpił przypływ, a wraz z nim epilog tej denerwującej wyprawy. Pozostawiając piratów przy robocie, wykradliśmy się do czółen. Bez hałasu zepchnęliśmy je na wodę i powiązaliśmy w długi rząd. Właśnie, gdy spychaliśmy ostatnie z czółen – a było to nasze własne – nadszedł jeden z piratów. Był to Barchi. Od pierwszego rzutu oka zorientował się w sytuacji i skoczył na nas, lecz zdążyliśmy odbić potężnym zamachem wioseł. Miotał się za nami po nadpływającej fali, która wkrótce sięgnęła mu wyżej głowy. Wygrzebawszy się na ławicę, podniósł wrzask i zaalarmował całą bandę.
Wiosłowaliśmy z całych sił, lecz mimo to posuwaliśmy się wolno, mając tyle łodzi do holowania. Padł za nami wystrzał rewolwerowy, drugi, trzeci; potem zaczęła się regularna tyralierka. Kule pryskały i pluskały dokoła nas. Na szczęście wielkie chmury zakryły księżyc i w mętnych ciemnościach piraci strzelali na oślep. Mogliby nas trafić tylko przypadkowo.
– Przydałby się motorek do holowania – tchnąłem z głębi zdyszanej piersi.
– Gdyby choć księżyc nie pokazał się za wcześnie – odpowiedział Nicholas, dysząc szybko.
Szło nam ciężko i posuwaliśmy się powoli, lecz z każdym zamachem wioseł byliśmy bliżej brzegu i bliżej, aż wreszcie strzelanina ustała. Gdy księżyc wypłynął zza chmur, znajdowaliśmy się już poza wszelkim niebezpieczeństwem. Wkrótce potem odpowiedzieliśmy na okrzyk z brzegu i dwie Whitehallskie łodzie, na trzy pary wioseł każda, podpłynęły ku nam. Z jednej z nich wychylił się Charley i schwycił nas za ręce, wołając: – O drogie chłopaki! drogie chłopaki! Obydwaj!!
Przybiwszy z całą zdobytą flotyllą, powiosłowaliśmy z powrotem ku złożom w owych trzech Whitehallskich łodziach. W pierwszej wiosłowałem ja, Nicholas i jeden z dozorców, Charley zaś sterował. Za nami szły jeszcze dwie trzywiosłówki. Księżyc świecił teraz jasno, dostrzegliśmy tedy piratów ostrygowych na oblanej dokoła ławicy. Gdy podpłynęliśmy bliżej, dali do nas salwę i musieliśmy czym prędzej się cofnąć na taki dystans, by rewolwery ich nie dosięgały.
– Mamy masę czasu – powiedział Charley. – Zatoka przybiera szybko. Gdy woda sięgnie im po szyję, na pewno bronić się przestaną.
Więc podnieśliśmy wiosła i czekaliśmy, aż przypływ zrobi swoje. Piraci znajdowali się w potrzasku: przypływ był równie gwałtowny, jak odpływ, i wpadał do zatoki na kształt rwącego prądu; najlepszy pływak na świecie nie przebiłby się przezeń do żaglówek, odległych od ławicy o trzy mile. Umieściliśmy się między piratami a brzegiem, uniemożliwiając im ucieczkę w tym kierunku. A morze zalewało ławice i za parę godzin piraci powinni byli stracić grunt pod nogami.
Była wspaniała cisza morska i powierzchnia lśniła w srebrzystym świetle księżyca. Przyglądaliśmy się piratom przez lornety nocne i opowiadaliśmy Charleyowi o podróży na Coal Tar Maggie. Minęła pierwsza, minęła druga po północy, a piraci sterczeli wciąż na najwyższej z ławic, a woda sięgała im już do połowy ciała.
– Oto mamy przed oczami dowód, co warta pomysłowość – mówił Charley. – Taft lata całe próbował ich dostać i nadaremnie, bo się jak niedźwiedź brał do rzeczy. A my wzięliśmy się na sposób…
Tu urwał, gdyż podniosłem rękę na znak milczenia. Doszedł mnie bowiem ledwie dosłyszalny bulgot. Odwróciwszy się cokolwiek, dostrzegłem wyprysk rozchodzący się koliście po powierzchni. Siedzieliśmy cicho, jak mysz pod miotłą. W minutę później, o sześć stóp od tego miejsca, gładź morska pękła i w księżycowym świetle łysnęła czarna głowa i białe ramię. Z głośnym prychnięciem, zarówno od wynurkowania, jak i z nagłego strachu, głowa wraz z ramieniem pogrążyła się na powrót.
Zrobiliśmy parę ruchów wiosłami, dając się potem unieść prądowi. Pilnie rozglądaliśmy się po powierzchni, lecz nigdzie nie dostrzegliśmy ani podejrzanego załamania gładzi, ani mętnych zarysów głowy ludzkiej i ramienia.
– To Delfin – powiedział Nicholas. – Tylko przy dziennym świetle udałoby się go złapać.
Dopiero na kwadrans przed trzecią piraci dali za wygraną. Zaczęli wzywać nas na ratunek. Usłyszeliśmy wyraźnie głos Stonoga. Gdy podpłynęliśmy do nich, tym razem ognia do nas nie otworzyli. Stonóg był w okropnym położeniu. Tylko głowy i bary piratów widniały na powierzchni. Z całych sił opierali się prądowi. Stonóg nie mógł już stanąć na dnie, więc towarzysze go podtrzymywali.
– Słuchajcie, draby – krzyknął ostro na nich Charley – mamy was i nie możecie się nam wymknąć. Będziecie się ciskać, to zostawimy was bez pomocy i wmig potoniecie. Ale jeżeli będziecie zachowywać się przyzwoicie, to zabierzemy was na łodzie po jednemu i wszystkich wyratujemy. Co wy na to?
– Aj! – odkrzyknęli chórem, szczękając zębami jak potępieńcy.
– Więc hajda po jednemu, a tego niskiego dawajcie nasamprzód.
Pierwszego wciągnęliśmy Stonoga. Nie opierał się, a dopiero, gdy konstabel zakładał mu kajdanki, protestował cokolwiek. Następnym był Barchi. Zachowywał się całkiem potulnie i z rezygnacją – tak go zimna kąpiel uspokoiła. Wciągnęliśmy w ten sposób dziesięciu i wyruszyliśmy z powrotem. Załadowano tak samo drugą łódź, a trzecia wzięła niepełny ładunek, bo tylko dziewięciu. Wszystkich razem łotrów było dwudziestu dziewięciu.
– Nie chwyciliście Delfina – triumfująco ozwał się Stonóg, jak gdyby jego ucieczka umniejszała nasze zwycięstwo.
Charley się zaśmiał.
– Ba, widzieliśmy, jak prychał i sapał, przebijając się ku brzegowi.
Potulni byli i dygocący ci nasi piraci, gdyśmy ich prowadzili po brzegu do domu strażników ostrygowych. Charley zapukał. Drzwi otworzyły się na oścież i buchnęła na nas przyjemna fala ciepła.
– Możecie tu, chłopcy, wysuszyć wasz przyodziewek i dostać gorącej kawy – oświadczył Charley, gdy długim szeregiem znikali we drzwiach.
I oto u ognia z dymiącym kubkiem kawy w ręku siedział przed nami Delfin z miną wielce żałosną. Nicholas i ja wymieniliśmy spojrzenia z Charleyem, który roześmiał się ochoczo.
– I ten także dzięki pomysłowości – rzekł. – Nie trzeba patrzeć na świat bezmyślnie, bo nie ma się żadnej z tego korzyści. Będąc na brzegu, rozstawiłem paru konstablów, by mieli oko na wybrzeże. Rzecz prosta.

Tłumaczenie anonimowe, redakcja Wydawnictwo CM.

Przygody w zatoce San Francisco
Przygody w zatoce San Francisco