Opowiadanie pochodzi ze zbioru: Opowiadania fantastyczne tom 3
Prawdopodobnie słyszałeś o Hapllym – nie o W.T. Haplym, jego synu, lecz o słynnym Hapllym, o Hapllym od Periplaneta Hapliia, Hapllym entomologu.
Jeśli tak, to wiesz przynajmniej o wielkiej waśni między Hapllym a profesorem Pawkinsem, choć niektóre jej konsekwencje mogą być ci nieznane. Dla tych, którzy o niej nie słyszeli, kilka słów wyjaśnienia jest konieczne – leniwy czytelnik może przejrzeć je pobieżnie, jeśli jego skłonność do bezczynności na to pozwoli.
Zdumiewające, jak szeroko rozpowszechniona jest ignorancja w sprawach tak naprawdę istotnych, jak spór Haplly’ego z Pawkinsem. Podobnie, kontrowersje epokowe, które wstrząsnęły Towarzystwem Geologicznym, są, jak wierzę, niemal całkowicie nieznane poza jego kręgiem. Słyszałem, jak ludzie o całkiem przyzwoitym ogólnym wykształceniu porównują wielkie sceny podczas tych spotkań do sprzeczek na zebraniach parafialnych. A przecież wielka nienawiść angielskich i szkockich geologów trwa już pół wieku i „pozostawiła głębokie i obfite ślady w ciele nauki”.
Sprawa Haplly’ego i Pawkinsa, choć być może bardziej osobista, wzbudziła równie głębokie, jeśli nie głębsze, emocje. Zwykły człowiek nie ma pojęcia o żarliwości, jaka napędza naukowca, ani o furii sprzeciwu, jaką można w nim wzbudzić. To jak odium theologicum (teologiczna nienawiść) w nowej formie.
Są na przykład ludzie, którzy z chęcią spaliliby profesora Raya Lankestera na Smithfield za jego traktowanie mięczaków w Encyklopedii. Ta fantastyczna rozciągłość głowonogów, aby objąć skrzydłonogi… Ale odbiegam od tematu Haplly’ego i Pawkinsa.
Zaczęło się to lata temu od rewizji Microlepidoptera (cokolwiek by to nie było) dokonanej przez Pawkinsa, w której unieważnił nowy gatunek opisany przez Hapleya. Hapley, który zawsze był skory do kłótni, odpowiedział miażdżącym atakiem na całą klasyfikację Pawkinsa. Pawkins w swojej „Odpowiedzi na zarzuty” zasugerował, że mikroskop Hapleya jest równie wadliwy jak jego zdolność obserwacji, i nazwał go „nieodpowiedzialnym mącicielem” – Hapley nie był jeszcze wtedy profesorem. Hapley w swojej „Ripoście” wspomniał o „niezdarnych zbieraczach” i opisał rewizję Pawkinsa jako „cud nieudolności” – jakby przez przypadek. To była wojna na noże.
Jednak szczegóły o tym, jak dwaj wielcy ludzie się spierali i jak ich rozłam się pogłębił, aż od Microlepidoptera przeszli do wojny o każdą otwartą kwestię w entomologii, raczej nie zainteresują czytelnika. Były pamiętne chwile. Czasami spotkania Królewskiego Towarzystwa Entomologicznego bardziej przypominały Izbę Deputowanych. Ogólnie rzecz biorąc, sądzę, że Pawkins był bliższy prawdy niż Hapley. Ale Hapley był mistrzem retoryki, rzadkiej wśród naukowców, miał talent do kpiny, był pełen energii i czuł się głęboko urażony sprawą unieważnionego gatunku; podczas gdy Pawkins był człowiekiem o nudnej prezencji, monotonnym w mowie, przypominającym beczkę na wodę, przesadnie skrupulatnym w kwestiach referencji i podejrzewanym o manipulacje przy nominacjach muzealnych. Młodzi ludzie gromadzili się wokół Hapleya i oklaskiwali go.
Była to długa walka, złośliwa od samego początku, a z czasem przeradzająca się w bezwzględną wrogość. Kolejne zwroty akcji, raz przewaga jednej strony, raz drugiej – raz Hapley dręczony sukcesem Pawkinsa, a innym razem Pawkins przyćmiony przez Hapleya – należą raczej do historii entomologii niż do tej opowieści.
Jednak w 1891 roku Pawkins, którego zdrowie od pewnego czasu było złe, opublikował pracę na temat „mezoblastu” ćmy trupiej główki. Czym jest mezoblast ćmy trupiej główki, nie ma najmniejszego znaczenia w tej opowieści. Ale praca była daleko poniżej jego zwykłego standardu i dała Hapleyowi okazję, na którą czekał od lat. Musiał pracować dniami i nocami, żeby maksymalnie wykorzystać tę przewagę.
W rozbudowanej krytyce rozerwał Pawkinsa na strzępy – można sobie wyobrazić jego potargane czarne włosy i dziwne, ciemne oczy błyskające, gdy atakował przeciwnika. Pawkins odpowiedział nieporadnie, nieskutecznie, z bolesnymi przerwami w mowie, a jednak złośliwie. Nie można było pomylić jego woli ranienia Hapleya z jego niezdolnością do zrobienia tego. Niewielu jednak z tych, którzy go słuchali – mnie nie było na tym spotkaniu – zdawało sobie sprawę, jak chory był ten człowiek.
Hapley powalił swojego przeciwnika i zamierzał go dobić. Posunął się do brutalnego ataku na Pawkinsa w postaci pracy na temat rozwoju motyli, dokumentu dowodzącego nadzwyczajnej ilości włożonej w niego pracy intelektualnej, ale utrzymanego w skrajnie kontrowersyjnym tonie. Mimo swojej gwałtowności – jak świadczy redakcyjna uwaga – artykuł został złagodzony. Musiał pokryć Pawkinsa wstydem i upokorzeniem. Nie pozostawiał miejsca na obronę; był bezlitosny w argumentacji i całkowicie pogardliwy w tonie – straszna rzecz na schyłek czyjejś kariery.
Świat entomologów czekał z zapartym tchem na odpowiedź Pawkinsa. Z pewnością spróbuje, bo Pawkins zawsze był gotów do walki. Ale kiedy odpowiedź nadeszła, wszystkich zaskoczyła. Odpowiedzią Pawkinsa było złapanie grypy, która przeszła w zapalenie płuc i zakończyła się śmiercią.
Była to może najskuteczniejsza odpowiedź, jaką mógł dać w tych okolicznościach, i w dużej mierze obróciła uczucia przeciwko Hapleyowi. Ci sami ludzie, którzy z największą radością kibicowali tym gladiatorom, poważnie zastanowili się nad konsekwencjami. Nie mogło być wątpliwości, że rozgoryczenie porażką przyczyniło się do śmierci Pawkinsa. Nawet w naukowych sporach istniały granice – mówili poważni ludzie. Kolejny miażdżący atak Hapleya był już w druku i ukazał się dzień przed pogrzebem. Nie sądzę, by Hapley specjalnie się wysilił, żeby go powstrzymać. Ludzie pamiętali, jak Hapley prześladował swojego rywala, zapominając o wadach tego ostatniego. Zjadliwa satyra źle się czyta nad świeżą mogiłą. To wywołało komentarze w codziennej prasie. I to właśnie sprawiło, że pomyślałem, iż prawdopodobnie słyszałeś o Hapleyu i tym sporze. Ale, jak już wspomniałem, naukowcy żyją w dużej mierze w swoim własnym świecie; połowa ludzi, którzy co roku przechodzą Piccadilly do Akademii, nie potrafiłaby powiedzieć, gdzie znajdują się towarzystwa naukowe. Wielu nawet myśli, że badania naukowe to coś w rodzaju klatki „zgodnej rodziny”, w której wszelkiego rodzaju ludzie żyją ze sobą w pokoju.
W swoich prywatnych myślach Hapley nie mógł wybaczyć Pawkinsowi jego śmierci. Po pierwsze, było to podłe unikanie całkowitego zmiażdżenia, jakie Hapley miał dla niego w zanadrzu, a po drugie, zostawiło w umyśle Hapleya dziwną pustkę. Przez dwadzieścia lat ciężko pracował, czasem do późnych godzin nocnych, siedem dni w tygodniu, z mikroskopem, skalpelem, siatką do zbierania owadów i piórem, niemal wyłącznie w odniesieniu do Pawkinsa. Europejska reputacja, którą zdobył, była w istocie tylko incydentem w tej wielkiej antypatii. Stopniowo dążył do kulminacji w tej ostatniej kontrowersji. To zabiło Pawkinsa, ale również, że tak powiem, wytrąciło Hapleya z równowagi, a jego lekarz poradził mu, by na jakiś czas porzucił pracę i odpoczął.
Hapley wyjechał więc do spokojnej wioski w hrabstwie Kent i dzień i noc myślał o Pawkinsie i o dobrych rzeczach, których nie mógł już powiedzieć na jego temat.
W końcu Hapley zaczął zdawać sobie sprawę, dokąd zmierza jego obsesja. Postanowił stawić jej czoła i zaczął od próby czytania powieści. Ale nie mógł oderwać myśli od Pawkinsa, bladego na twarzy, wygłaszającego swoje ostatnie przemówienie – każda jego fraza była dla Hapleya idealnym punktem wyjścia do kontrargumentu. Sięgnął po literaturę fikcyjną, ale nie potrafił się w nią wciągnąć. Czytał Island Nights’ Entertainments, aż jego „zmysł przyczynowości” został zszokowany do granic wytrzymałości przez Diabła w butelce. Potem sięgnął po Kiplinga i odkrył, że „niczego nie dowodzi,” a do tego jest bezczelny i wulgarny. Ci naukowcy mają swoje ograniczenia. Nieszczęśliwie, spróbował też Inner House Besanta, a pierwszy rozdział od razu skierował jego myśli ku towarzystwom naukowym i Pawkinsowi.
Hapley więc przerzucił się na szachy i uznał je za nieco bardziej kojące. Szybko opanował ruchy figur, główne gambity i najczęstsze zakończenia partii, i zaczął wygrywać z proboszczem. Ale potem cylindryczne kształty przeciwnego króla zaczęły przypominać Pawkinsa stojącego i nieudolnie próbującego uniknąć mata, więc Hapley zdecydował się porzucić szachy.
Może badanie jakiejś nowej dziedziny nauki będzie lepszym sposobem na oderwanie się od obsesji. Najlepszym odpoczynkiem jest zmiana zajęcia. Hapley postanowił zanurzyć się w badania nad okrzemkami i kazał przysłać z Londynu jeden ze swoich mniejszych mikroskopów oraz monografię Halibuta. Pomyślał, że jeśli uda mu się rozpętać żywą kłótnię z Halibutem, może będzie w stanie zacząć życie na nowo i zapomnieć o Pawkinsie. Wkrótce pracował w swoim zwykłym intensywnym stylu, zajmując się mikroskopijnymi mieszkańcami przydrożnych kałuż.
To było trzeciego dnia badań nad okrzemkami, gdy Hapley zauważył nowy, nietypowy element lokalnej fauny. Pracował późnym wieczorem przy mikroskopie, a jedynym źródłem światła w pokoju była mała, jasna lampka ze specjalnym zielonym kloszem. Jak wszyscy doświadczeni mikroskopiści, trzymał oboje oczu otwartych – to jedyny sposób, by uniknąć nadmiernego zmęczenia. Jedno oko było nad instrumentem, gdzie jasno i wyraźnie widział okrągłe pole mikroskopu, przez które powoli poruszała się brązowa okrzemka. Drugim okiem Hapley widział niejako „mimochodem” – był tylko mgliście świadomy mosiężnej obudowy instrumentu, oświetlonej części obrusu, kartki papieru, podstawy lampki i ciemnego pokoju poza nimi.
Nagle jego uwaga przesunęła się z jednego oka na drugie. Obszar obrusu był wykonany z materiału, który sprzedawcy nazywają gobelinem, o dość jaskrawych kolorach. Wzór był złoty, z niewielką ilością karminu i bladego błękitu na szarawym tle. W jednym miejscu wzór wydawał się przesunięty, a kolory w tym punkcie drżały i wibrowały.
Hapley gwałtownie cofnął głowę i spojrzał obojgiem oczu. Jego usta otworzyły się ze zdumienia.
Był to duży motyl albo ćma; jego skrzydła były rozłożone jak u motyla!
To było dziwne, że w ogóle znalazł się w pokoju, bo okna były zamknięte. Dziwne, że nie zwrócił jego uwagi, gdy frunął na swoje obecne miejsce. Dziwne, że idealnie pasował do wzoru na obrusie. Jeszcze dziwniejsze było to, że dla niego, Hapleya, wielkiego entomologa, był całkowicie nieznany. To nie była iluzja. Motyl pełzł powoli w kierunku podstawy lampki.
– Nowy rodzaj, na Boga! I to w Anglii! – powiedział Hapley, wpatrując się w niego.
Wtedy nagle pomyślał o Pawkinsie. Nic nie doprowadziłoby Pawkinsa do większego szału… A przecież Pawkins nie żył!
Coś w kształcie głowy i ciała owada zaczęło niepokojąco przypominać Pawkinsa, tak jak wcześniej królewska figura w szachach.
– Do diabła z Pawkinsem! – powiedział Hapley. – Ale muszę to złapać. – Rozejrzał się za czymś, czym mógłby schwytać motyla, powoli podnosząc się z krzesła.
Nagle owad uniósł się, uderzył o krawędź klosza lampy – Hapley usłyszał „ping” – i zniknął w cieniu.
W mgnieniu oka Hapley zdjął klosz, rozświetlając cały pokój. Stworzenie zniknęło, ale wkrótce jego wprawne oko dostrzegło je na tapecie, blisko drzwi. Podszedł, unosząc klosz jak pułapkę. Jednak zanim znalazł się na tyle blisko, by uderzyć, owad uniósł się i zaczął krążyć po pokoju. Jak na swój gatunek, leciał nagłymi zrywami i zwrotami, znikając tu i pojawiając się tam.
Raz Hapley uderzył i chybił; potem znowu.
Za trzecim razem trafił w mikroskop. Instrument zakołysał się, uderzył, przewrócił lampę i z hukiem spadł na podłogę. Lampa przewróciła się na stole i – na szczęście – zgasła. Hapley został w ciemności.
Z dreszczem poczuł, jak dziwny motyl wpada mu na twarz.
To było do szaleństwa irytujące. Nie miał światła. Gdyby otworzył drzwi pokoju, stworzenie by uciekło. W ciemności wyraźnie zobaczył Pawkinsa, śmiejącego się z niego. Pawkins zawsze miał tłusty, oleisty śmiech. Hapley zaklął wściekle i uderzył nogą w podłogę.
Usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi.
Drzwi otworzyły się na około stopę, i to bardzo powoli. Przerażona twarz gospodyni ukazała się za różowym płomieniem świecy; miała na sobie czepek nocny na siwych włosach i jakiś fioletowy szal na ramionach.
– Co to za straszny hałas? – zapytała. – Czy coś…
Dziwna ćma pojawiła się, trzepocząc w szparze drzwi.
– Zamknij te drzwi! – zawołał Hapley i nagle rzucił się w jej stronę.
Drzwi zatrzasnęły się pospiesznie. Hapley został sam w ciemności. W chwilowej ciszy usłyszał, jak jego gospodyni pędzi po schodach na górę, zamyka drzwi na klucz, a potem coś ciężkiego przesuwa w poprzek pokoju i stawia przy drzwiach.
Stało się jasne dla Hapleya, że jego zachowanie i wygląd były dziwne i niepokojące. Do diabła z tą ćmą! I Pawkinsem! Jednak szkoda byłoby teraz stracić ćmę. Po omacku znalazł drogę do przedpokoju i odnalazł zapałki, przy czym zrzucony kapelusz z hukiem upadł na podłogę, przypominając dźwięk bębna. Z zapaloną świecą wrócił do salonu. Ćmy nigdzie nie było widać. Przez moment wydawało mu się jednak, że coś trzepocze wokół jego głowy.
Hapley nagle postanowił zrezygnować z łapania ćmy i pójść spać. Ale był podekscytowany. Przez całą noc jego sen był przerywany snami o ćmie, Pawkinsie i gospodyni. Dwa razy w nocy wstał i zanurzył głowę w zimnej wodzie.
Jedno było dla niego jasne. Gospodyni absolutnie nie mogła zrozumieć dziwnej ćmy, szczególnie że nie udało mu się jej złapać. Tylko entomolog mógłby w pełni pojąć, co czuł. Była prawdopodobnie wystraszona jego zachowaniem, a on nie miał pomysłu, jak mógłby to wyjaśnić. Postanowił nie wspominać więcej o wydarzeniach zeszłej nocy.
Po śniadaniu zobaczył ją w ogrodzie i postanowił wyjść, by z nią porozmawiać i ją uspokoić. Rozmawiał o fasoli i ziemniakach, pszczołach, gąsienicach i cenach owoców. Odpowiadała w swoim zwykłym tonie, ale patrzyła na niego z lekką podejrzliwością i poruszała się tak, by zawsze znajdowała się między nimi grządka kwiatów, rząd fasoli lub coś w tym rodzaju. Po pewnym czasie Hapley poczuł się tym dziwnie zirytowany i, by ukryć swoje zdenerwowanie, wrócił do domu, a potem wybrał się na spacer.
Ćma lub motyl, niosąc ze sobą dziwne echo Pawkinsa, wciąż wracała do jego myśli podczas spaceru, choć robił wszystko, by nie o niej myśleć. Raz zobaczył ją wyraźnie, z rozłożonymi skrzydłami, na starym kamiennym murze biegnącym wzdłuż zachodniej krawędzi parku, ale gdy podszedł bliżej, okazało się, że to tylko dwie grudki szarego i żółtego porostu.
– To – powiedział Hapley – jest odwrotność mimikry. Zamiast motyla przypominającego kamień, mamy kamień przypominający motyla!
Raz coś zawisło i zatrzepotało wokół jego głowy, ale wysiłkiem woli ponownie odrzucił to wrażenie.
Po południu Hapley odwiedził proboszcza i spierał się z nim na tematy teologiczne. Siedzieli w małej altance obrośniętej dziką różą i palili, kłócąc się.
– Spójrz na tę ćmę! – powiedział Hapley nagle, wskazując na krawędź drewnianego stołu.
– Gdzie? – zapytał proboszcz.
– Nie widzisz ćmy na krawędzi stołu? – zapytał Hapley.
– Oczywiście, że nie – odpowiedział proboszcz.
Hapley był wstrząśnięty. Zatkało go. Proboszcz wpatrywał się w niego. Wyraźnie niczego nie widział.
– Oko wiary nie jest lepsze od oka nauki – powiedział Hapley niezręcznie.
– Nie rozumiem twojego argumentu – powiedział proboszcz, myśląc, że to część dyskusji.
Tej nocy Hapley znalazł ćmę pełzającą po swojej narzucie. Siedział na krawędzi łóżka w samej koszuli i rozważał w myślach. Czy to była czysta halucynacja? Wiedział, że traci grunt pod nogami, i walczył o swoją poczytalność z tą samą cichą energią, z jaką kiedyś walczył z Pawkinsem. Tak uporczywy jest nawyk myślowy, że miał wrażenie, jakby to wciąż była walka z Pawkinsem. Znał się dobrze na psychologii. Wiedział, że takie wizualne złudzenia mogą pojawiać się w wyniku napięcia umysłowego. Ale problemem było to, że nie tylko widział ćmę – słyszał ją, gdy dotknęła krawędzi klosza lampy, a później, gdy uderzyła o ścianę, i czuł, jak w ciemności uderzyła go w twarz.
Spojrzał na nią. Wcale nie wyglądała jak sen, ale była wyraźna w świetle świecy. Widział owłosione ciało, krótkie, pierzaste czułki, złączone nogi, a nawet miejsce, gdzie puch na skrzydle został starty. Nagle poczuł złość na siebie, że boi się małego owada.
Gospodyni poprosiła służącą, by tej nocy spała z nią, bo bała się być sama. Dodatkowo zamknęła drzwi na klucz i przesunęła komodę, aby je zablokować. Położyły się spać i rozmawiały szeptem, ale nic się nie wydarzyło, co mogłoby je przestraszyć. Około jedenastej odważyły się zgasić świecę i obie zapadły w sen. Obudziły się nagle i usiadły na łóżku, nasłuchując w ciemności.
Potem usłyszały, jak ktoś w kapciach chodzi tam i z powrotem w pokoju Hapleya. Krzesło zostało przewrócone, a potem głośny trzask na ścianie. W końcu porcelanowa ozdoba z kominka roztrzaskała się na kratce. Nagle drzwi pokoju otworzyły się i usłyszały go na korytarzu. Przytuliły się do siebie, nasłuchując. Wydawało się, że tańczy na schodach. Raz zbiegał szybko trzy lub cztery stopnie, potem wracał na górę, a następnie pędził na dół do holu. Usłyszały, jak przewrócił stojak na parasole i rozbił świetlik. Potem zamek zazgrzytał, a łańcuch zabrzęczał. Otwierał drzwi.
Pobiegły do okna. Noc była ciemnoszara; niemal nieprzerwana warstwa wilgotnych chmur sunęła po księżycu, a żywopłot i drzewa przed domem rysowały się czarno na tle bladej drogi. Zobaczyły Hapleya, wyglądającego jak duch w koszuli i białych spodniach, biegającego tam i z powrotem po drodze i uderzającego w powietrze. Raz się zatrzymywał, raz rzucał się bardzo szybko na coś niewidzialnego, innym razem poruszał się w jego kierunku cicho i z ukradkowymi krokami. W końcu zniknął z ich pola widzenia, idąc drogą w stronę wzgórza. Potem, gdy debatowały, która z nich powinna zejść i zamknąć drzwi, wrócił.
Szedł bardzo szybko, wszedł prosto do domu, starannie zamknął drzwi i cicho wrócił do swojego pokoju. Następnie wszystko ucichło.
– Pani Colville – zawołał Hapley ze schodów następnego ranka – mam nadzieję, że nie przestraszyłem pani zeszłej nocy.
– I jeszcze jak! – odparła pani Colville.
– Rzecz w tym, że lunatykuję, a przez ostatnie dwie noce byłem bez mojego środka nasennego. Naprawdę nie ma się czym przejmować. Przepraszam, że zrobiłem z siebie takiego osła. Przejdę się na wzgórze do Shoreham i kupię coś, co pomoże mi spokojnie spać. Powinienem to zrobić już wczoraj.
Jednak w połowie drogi przez wzgórze, przy kamieniołomach kredy, ćma znów dopadła Hapleya. Szedł dalej, starając się myśleć o problemach szachowych, ale na nic się to zdało. Stworzenie zatrzepotało mu przed twarzą, a on uderzył je kapeluszem w obronie własnej. Wtedy złość, ta stara złość – ta, którą tak często czuł wobec Pawkinsa – wróciła do niego. Ruszył dalej, skacząc i uderzając w wirującego owada.
Nagle nadepnął na pustkę i runął głową naprzód.
W jego doznaniach pojawiła się luka, a Hapley znalazł się siedzący na stosie krzemieni przed wejściem do kamieniołomów kredy, z nogą wykręconą pod sobą. Dziwna ćma wciąż trzepotała wokół jego głowy. Uderzył w nią ręką, a obracając głowę, zobaczył dwóch mężczyzn zbliżających się do niego. Jednym z nich był wiejski lekarz. Hapley pomyślał, że to szczęście. Potem nagle, z niezwykłą jasnością, przyszło mu do głowy, że nikt inny nigdy nie będzie w stanie zobaczyć tej dziwnej ćmy poza nim samym i że powinien zachować o niej milczenie.
Jednak późno w nocy, gdy jego złamana noga została nastawiona, był rozgorączkowany i zapomniał o samokontroli. Leżał płasko na łóżku i zaczął rozglądać się po pokoju, by sprawdzić, czy ćma wciąż jest w pobliżu. Starał się tego nie robić, ale na nic się to zdało. Wkrótce zauważył stworzenie, które spoczywało blisko jego ręki, obok nocnej lampki, na zielonym obrusie. Skrzydła drżały. Nagle ogarnęła go fala gniewu, uderzył w nią pięścią, a pielęgniarka obudziła się z krzykiem. Chybił.
– Ta ćma! – powiedział, a potem dodał: – To była wyobraźnia. Nic!
Cały czas widział wyraźnie owada krążącego wokół gzymsu i przemykającego przez pokój, a jednocześnie widział, że pielęgniarka niczego nie dostrzega i patrzy na niego dziwnie. Musiał się opanować. Wiedział, że jest zgubiony, jeśli tego nie zrobi. Ale w miarę jak noc ustępowała miejsca świtowi, gorączka narastała, a strach przed ujrzeniem ćmy sprawiał, że widział ją coraz wyraźniej. Około piątej, gdy świt był już szary, próbował wstać z łóżka i złapać ją, mimo że noga płonęła bólem. Pielęgniarka musiała z nim walczyć.
Z tego powodu przywiązano go do łóżka. Wtedy ćma stała się śmielsza i raz poczuł, jak osiada na jego włosach. Gdy zaczął gwałtownie wymachiwać rękami, przywiązano mu także ramiona. Wtedy ćma przypełzła na jego twarz, a Hapley płakał, przeklinał, krzyczał i błagał, by ją z niego zdjęli – na próżno.
Lekarz był głupcem, niedawno wykwalifikowanym lekarzem ogólnym, całkowicie nieznającym się na naukach o umyśle. Po prostu stwierdził, że ćmy nie ma. Gdyby miał odrobinę rozumu, być może mógłby jeszcze uratować Hapleya przed jego losem, wchodząc w jego urojenie i zakrywając jego twarz gazą, jak ten o to błagał. Ale, jak powiedziałem, lekarz był głupcem, i dopóki noga się nie zagoiła, Hapley był przywiązany do łóżka, z wyimaginowaną ćmą pełzającą po nim.
Ćma nigdy go nie opuszczała, gdy był przytomny, a w snach stawała się potworem. Gdy był przytomny, pragnął snu, a ze snu budził się z krzykiem.
A teraz Hapley spędza resztę swoich dni w wyściełanym pokoju, dręczony przez ćmę, której nikt inny nie może zobaczyć. Lekarz w zakładzie nazywa to halucynacją; ale Hapley, gdy jest w lepszym nastroju i potrafi mówić, twierdzi, że to duch Pawkinsa, a zatem unikalny okaz, który zdecydowanie warto złapać, mimo całego trudu.
Tłumaczenie: Witold Nieznalski
