Herbert George Wells, WIZJA PRZESZŁOŚCI (A Vision of the Past, 1887)

Opowiadanie pochodzi ze zbioru: Opowiadania fantastyczne, tom 4.

Opowiadania fantastyczne tom 4
Opowiadania fantastyczne tom 4

Po raz pierwszy opublikowane w The Science Schools Journal,
Royal College of Science, czerwiec 1887,
pod pseudonimem „Sosthenes Smith”

Było parne lipcowe popołudnie. Od trzech godzin mozoliłem się wzdłuż prostej i nadzwyczaj pylistej drogi – rzymskiej co do pochodzenia, prostolinijności i twardości – a gdy dotarłem do podnóża stromej góry i poczułem się niezmiernie znużony, zacząłem szukać cienia, w którym mógłbym odpocząć. Niedaleko drogi spostrzegłem wąską ścieżkę; podążywszy nią, dotarłem do mrocznego boru sosnowego i tam, położywszy się, by oddać się rozmyślaniom, wkrótce zasnąłem – i oto śnił mi się sen.
Zdawało mi się, że unoszę się szybko przez gwałtownie zmieniający się krajobraz, a słyszałem głos podobny do szumu wiatru wśród drzew leśnych, mówiący: „Wejdź w przeszłość – w przeszłość”. Wówczas mój lot ustał i zostałem z pewną siłą opuszczony na ziemię.
Choć wciąż spoczywałem u stóp drzewa, nie byłem już w borze sosnowym. Wokół mnie, aż po horyzont, rozciągała się rozległa równina we wszystkich kierunkach prócz jednego, gdzie w oddali wysoki szczyt wulkaniczny wznosił się w płynną atmosferę. Pomiędzy miejscem, w którym leżałem, a owym szczytem znajdowało się szerokie, spokojne jezioro, po którego powierzchni przesuwały się ledwie dostrzegalne zmarszczki, pędzone łagodnym powiewem. Najbliższy mi brzeg był niski i bagnisty, po przeciwnej zaś stronie z samej krawędzi wody wyrastały strome urwiska. Za nimi ciągnął się szereg niskich wzgórz, a wreszcie, ponad wszystkim, wznosił się ów szczyt. Równina zdawała się pokryta jakimś nieznanym mi mchem, a kępy obcych drzew pojawiały się często. Otaczającej mnie roślinności poświęciłem jednak niewiele uwagi, gdyż niemal natychmiast moją uwagę przyciągnął – i obudził we mnie silne emocje – widok dziwnej istoty żywej.
Na bagnistym skraju jeziora powoli poruszało się stworzenie podobne do gada, ciężkie i niezgrabne. Głowę miało odwróconą ode mnie; kolana niemal dotykały ziemi, toteż jego ruchy postępowe były w najwyższym stopniu nieporadne. Zwróciłem zwłaszcza uwagę na to, że gdy unosiło stopę, przygotowując się do kroku, obracało podeszwę do tyłu w sposób wręcz komiczny. Po dłuższym obserwowaniu tych ruchów, nie będąc w stanie w najmniejszym stopniu pojąć, jaki mógłby być ich cel, zacząłem wyobrażać sobie, że jedynym zamiarem stworzenia jest pozostawianie śladów stóp w błocie. Wydało mi się to zajęciem dziwnym i zupełnie bezużytecznym.
Zamierzając przysłużyć się nauce, podjąłem próbę ustalenia natury tego stworzenia; lecz jako że przywykłem rozpoznawać istoty wyłącznie na podstawie kości i zębów, nie mogłem uczynić tego w tym wypadku, ponieważ kości były skryte pod ciałem, a pewna powściągliwość – której dziś skłonny jestem żałować – powstrzymała mnie od zbadania jego uzębienia.
Po pewnym czasie ten nieforemny potwór zaczął powoli obracać się w moją stronę i wówczas ujrzałem coś, co wydało mi się jeszcze bardziej zdumiewające niż wszystkie pozostałe groteskowe cechy, jakie dotąd dostrzegłem: oto bowiem dziwne to zwierzę miało troje oczu, z których jedno znajdowało się pośrodku czoła; i patrzyło na mnie wszystkimi trzema w taki sposób, że obudziło to we mnie najdziwniejsze uczucia trwogi i drżenia, tak iż bezskutecznie usiłowałem cofnąć się o jakieś stulecie lub dwa. Byłem niezmiernie rad, gdy w końcu znów zwróciło swój osobliwy wzrok ku jezioru. W tej samej chwili wydało dźwięk, jakiego nigdy przedtem nie słyszałem i co do którego żyję w wierze i nadziei, że nigdy więcej go nie usłyszę. Wrażenie słuchowe wyryło się w mej pamięci niezatartym śladem, lecz brak mi słów, a nawet waham się próbować oddać jego grozę umysłom moich czytelników.
Zaraz po tym dźwięku spokojne wody jeziora zostały poruszone i wkrótce ponad powierzchnią ukazały się głowy licznych stworzeń podobnych do pierwszego. Wszystkie szybko podpłynęły do miejsca, gdzie tamto stało, i wylazły na brzeg; wtedy też dostrzegłem wyraźnie to, co wydało mi się w nich rzeczą najdziwniejszą ze wszystkich – mianowicie, że potrafiły porozumiewać się ze sobą za pomocą dźwięków.
I tu, niestety, muszę opowiedzieć o największej stracie, jaką nauka poniosła od wielu lat; gdy bowiem ochłonąłem ze zdumienia, słysząc, jak te dziwne istoty rozmawiają między sobą, w moim umyśle błysnęła sekwencja rozumowania, dzięki której można by wyprowadzić posiadanie zdolności mowy u tych bestii z cech ich kręgów lędźwiowych. Lecz, o zgrozo! na próżno usiłowałem ją sobie przypomnieć – ów tok myśli, który mógłby okazać się tak cenny w badaniach wielu stworzeń kopalnych. Wiele bezsennych nocy spędziłem, próbując go odtworzyć, lecz daremnie. Zdaje mi się, że metoda polegała na wywnioskowaniu czegoś o rdzeniu kręgowym z kręgów, o mózgu z rdzenia kręgowego, a o języku z mózgu.
Lecz wracając do mojego snu: byłem już wówczas nazbyt oswojony z osobliwościami, by w jakiejkolwiek mierze dziwić się temu, że rozumiałem, co owe istoty mówiły – choć czy pojmowałem je dzięki telepatii, czy też w jakiś inny sposób, tego nie wiem.

Opowiadania fantastyczne tom 4
Opowiadania fantastyczne tom 4


Było jasne, że przysłuchiwały się filozoficznej mowie tego, którego ujrzałem jako pierwszego. Stały (lub klęczały, bo różnica między tymi dwiema postawami była niewielka) wokół niego w półkolu. Uroczyście przymknął swe środkowe oko (co uznałem za jego sposób wyrażania powagi), po czym rozpoczął w te oto słowa:
– O Nêm – (co uznałem za nazwę tych stworzeń) – szczęśliwi, że jesteście Nêm, potrójnie szczęśliwi, że jesteście Nêm z Dnalgne – (co wziąłem za nazwę tego plemienia Nêm, do którego należeli) – spójrzcie na cudowny świat wokół i pomyślcie, że to dla naszego użytku został on stworzony. Spójrzcie na warstwy odsłonięte w tamtej poszarpanej ścianie skalnej i na fakty, jakie zapisują o przeszłych dziejach tej ziemi w ciągu wielu epok, podczas których powoli przygotowywała się ona na nasze przyjęcie – nas, punkt kulminacyjny wszelkiego istnienia, najszlachetniejsze ze wszystkich istot, jakie kiedykolwiek istniały lub kiedykolwiek będą istnieć.
W tym miejscu wszyscy słuchacze gwałtownie zamrugali swym środkowym okiem, co uznałem za oznakę aplauzu i uznania.
– Przyjrzyjcie się naszej budowie i zobaczcie, jak dalece jesteśmy oddaleni od wszystkich innych istot żywych. Pomyślcie o cudownej i złożonej konstrukcji naszych zębów; przypomnijcie sobie, że my jedni spośród stworzeń żyjących posiadamy dwa sposoby oddychania na różnych etapach życia, że nasze środkowe oko rozwinięte jest w stopniu nieznanym żadnemu z niższych zwierząt. Rozważcie to wszystko i bądźcie dumni – (gwałtowne mruganie środkowym okiem). – A jeśli tacy jesteśmy obecnie, cóż dopiero może przynieść nam przyszłość? Przez wszystkie nadchodzące, bezmierne wieki trwać będziemy na tej ziemi, podczas gdy istoty niższe będą przemijać i ustępować miejsca innym. Ten świat należy do nas na zawsze i musimy postępować na wieki ku nieskończonej doskonałości.
(Tu nastąpiły konwulsyjne ruchy środkowego oka, którym towarzyszyły osobliwe parskające dźwięki.)
Dotąd słuchałem z wielkim rozbawieniem tych niedorzecznych roszczeń do tak wzniosłej pozycji, wysuwanych przez stworzenie pod każdym względem ode mnie niższe – przez tego filozofującego płaza; lecz w tym miejscu nie mogłem już dłużej się powstrzymać i, rzuciwszy się naprzód, zwróciłem się do niego w te oto słowa:
– O, nierozumne stworzenie! Czy mniemasz, że jesteś wielkim celem całego stworzenia? Wiedzże tedy, że jesteś tylko nędznym płazem; że daleko ci do wiecznej trwałości, albowiem twoja rasa w ciągu kilku milionów lat – drobiazgu w porównaniu z ogromnymi przepaściami chronologii geologicznej – zniknie bez śladu; że z ciebie, przez niepostrzeżone stopnie, wyłonią się formy wyższe i zajmą twoje miejsce; że jesteś tu jedynie po to, by przygotować ziemię na ich przyjęcie, one zaś z kolei przygotują ją na nadejście owej chwalebnej rasy istot rozumnych i obdarzonych duszą, które przez nieskończone eony przyszłości nie ustaną w swym marszu ku nieskończonej doskonałości – rasy, do której ja…
Lecz w tym miejscu zacząłem dostrzegać, że moja elokwencja nie sprawia przyjemności słuchaczom i że wszyscy oni zaczynają poruszać się wolno, lecz nieuchronnie, w kierunkach zbiegających się ku mnie. Nikt, kto nie doświadczył (a który z moich czytelników tego doświadczył?), uczuć rodzących się ze świadomości, iż jest się obserwowanym przez troje oczu należących do jednej i tej samej istoty, nie zdoła pojąć moich wrażeń, gdy spostrzegłem, że co najmniej dwadzieścia trójokich stworzeń wlepia we mnie spojrzenia, powoli, coraz bliżej i bliżej się skradając. Przerażenie sparaliżowało mnie całkowicie; nie mogłem uczynić kroku ani wydać głosu. Wolno – tak wolno, że zdawało się, iż ledwie się poruszają – zbliżały się do mnie te istoty, ani na chwilę nie przerywając owego intensywnego, straszliwego wpatrywania się. Coraz bliżej i bliżej, ich ogromne paszcze rozwierały się; zdawały się gotowe zmiażdżyć mnie w potężnych szczękach – aż w chwili, gdy zdawało się, że już mnie dotykają, zdobyłem się na jeden rozpaczliwy wysiłek i – obudziłem się, a to był to tylko sen.
Natychmiast podniosłem się z miejsca spoczynku pod drzewami, gdyż nastał wieczór, a gaj zrobił się chłodny, i szybko ruszyłem przez wzgórze ku najbliższej stacji kolejowej, rad, że bezpiecznie powróciłem w bardziej przyjazną atmosferę niedawnej epoki.

Tłumaczenie: Witold Nieznalski

Opowiadania fantastyczne tom 4
Opowiadania fantastyczne tom 4

Audiobook na Youtube: