W mroźną, gwiaździstą noc Ralph Hagadorn przemierza na łyżwach skute lodem jezioro, spiesząc na ślub najlepszego przyjaciela. Niespodziewanie dostrzega przed sobą tajemniczą kobietę w bieli, która zdaje się prowadzić go w nieznanym kierunku. Kim jest niezwykła łyżwiarka i dlaczego pojawia się na opustoszałym lodowym pustkowiu?
WIDMOWA DRUHNA
Zimowe noce w Sault Ste. Marie są białe i świetliste jak Droga Mleczna. Nawet cisza spoczywająca nad pustkowiem wydaje się biała. Natura unieruchomiła również dźwięk. Poza nieruchomym białym szronem wszystko zostało wymazane. Gwiazdy istnieją, lecz zdają się należeć do nieba, nie do ziemi. Wiszą na niezmierzonej wysokości, a noc jest tak czarna, że nieprzejrzysty eter toczy między nimi a obserwatorem wielkie, płynne fale.
W takim miejscu trudno uwierzyć, że świat jest licznie zaludniony. Można sobie wyobrazić, że Kain dopiero co zabił Abla i że ludzkim życiem należy gospodarować z największą oszczędnością.
To anonimowe amerykańskie opowiadanie pochodzi z nowo przetłumaczonego na język polski zbioru Dwadzieścia pięć opowieści o duchach, pod red. W. Boba Hollanda. Książka dostępna jest w księgarni Wydawnictwa CM.

Nocą, gdy Ralph Hagadorn wyruszył do Echo Bay, czuł się tak, jakby był jedynym człowiekiem na świecie – tak zupełna była samotność przestrzeni, przez którą jechał. Udawał się na ślub najlepszego przyjaciela i miał pełnić rolę drużby. Obowiązki zatrzymały go dłużej, dlatego musiał odbyć podróż nocą. Nie przejechał jednak daleko, gdy ogarnęła go radość łyżwiarza. Łyżwy miał ostre, nogi zdolne do pokonania drogi dłuższej niż ta, którą zamierzał przebyć, a szczypanie mrozu działało na niego jak ostroga na narowistego konia.
Przecinał powietrze jak ostry kamień wodę. Czuł jego wzburzenie, gdy rozcinał je własnym ciałem. Wkrótce zaczęła pracować wyobraźnia. Wydawało mu się, że jest olbrzymem – wielkim wikingiem Północy, pędzącym przez skute lodem fiordy do ukochanej. Przypomniało mu to, że rzeczywiście ma ukochaną, choć w istocie myśl o niej zawsze stanowiła tło dla wszystkich innych myśli. Nie powiedział jej jeszcze, że ją kocha, ponieważ widział ją zaledwie kilka razy i nie nadarzyła się sposobność. Ona także mieszkała w Echo Bay i miała być druhną panny młodej, co stanowiło kolejny powód, dla którego pędził niemal równie szybko jak wiatr i od czasu do czasu wydawał okrzyk zachwytu.
Jedyną przeszkodą było to, że ojciec Marie Beaujeu miał pieniądze, Marie mieszkała we wspaniałym domu, podczas przejażdżek saniami nosiła przy szyi futro z wydry, a na stopach małe, podbite atłasem buciki z norek. W medalionie, w którym przechowywała kosmyk włosów zmarłej matki, tkwiła czarna perła wielka jak groch. Wszystko to utrudniało – ba, czyniło niemożliwym – powiedzenie przez Ralpha Hagadorna czegokolwiek poza słowami: „Kocham cię”. Te zaś zamierzał wypowiedzieć dla własnej satysfakcji, bez względu na następstwa.
Z tym coraz silniejszym postanowieniem sunął po lodzie lśniącym w blasku gwiazd. Wenus wytyczała ku zachodowi świetlistą drogę i zdawała się dodawać mu odwagi. Żałował, że nie może pomknąć aleją światła rzuconą przez gwiazdę miłości, lecz musiał odwrócić się do niej plecami i skierować na północny wschód.
Nagle, z gwałtownym wstrząsem, uświadomił sobie, że nie jest sam. Rzęsy pokrywał mu gruby szron, a oczy zaszły łzami od mrozu, więc z początku uznał to za złudzenie. Potarł jednak mocno powieki i w końcu upewnił się, że niedaleko przed nim mknie wysoka, biała łyżwiarka w powiewnych szatach, pędząca po śniegu szybciej niż wilkołak. Zawołał, lecz nie otrzymał odpowiedzi. Ruszył więc w pościg, zacisnął zęby i naprężył silne, młode mięśnie. Jak szybko by jednak nie jechał, biała łyżwiarka sunęła jeszcze szybciej. Po pewnym czasie, gdy na moment spojrzał na Gwiazdę Polarną, zrozumiał, że nieznajoma sprowadza go z właściwego kierunku. Zawahał się, czy nie powinien wrócić na swoją drogę, lecz osobliwa towarzyszka zdawała się nieodparcie ciągnąć go za sobą. Podążył więc za nią.
Oczywiście nieraz przyszło mu na myśl, że przewodniczka może nie należeć do tego świata. Na tych szerokościach ludzie widują dziwne rzeczy, gdy ziemię pokrywa szron. Ojciec Hagadorna, który mieszkał tam wśród Indian znad Jeziora Górnego i pracował w kopalniach miedzi, przyjął kiedyś w mroźną noc kobietę do swojej chaty. Rano jej nie było, a na śniegu pozostały wilcze tropy. Tak właśnie było, a mieszaniec John Fontanelle potwierdziłby to każdego dnia – gdyby jeszcze żył. (Niestety, śnieg, na którym widniały owe ślady, dawno stopniał!)
Hagadorn jechał za białą łyżwiarką przez całą noc. Kiedy o świcie lód zaróżowił się, a strzały pięknego światła wystrzeliły w zimne niebo, zjawa zniknęła, on zaś znalazł się u celu. Gdy zdejmował łyżwy, a słońce wyniośle wspinało się na należne mu miejsce ponad wszystkim, spojrzał przypadkiem ku jezioru. Zobaczył wielką szczelinę wyrąbaną przez wiatr w pokrywie lodowej, a obok lśniącego lodu fale błękitne jak szafiry. Gdyby jechał zamierzoną trasą, kierując się gwiazdami, ze wzrokiem uniesionym ku górze i całym ciałem pędzącym z ogromnym rozpędem, z pewnością wpadłby do tego lodowatego grobu. Biała łyżwiarka była jego aniołem stróżem!
Głęboko poruszony ruszył do domu przyjaciela, spodziewając się zastać tam radosny ślubny rozgardiasz. Ktoś jednak cicho spotkał go w drzwiach, a przyjaciel zszedł po schodach z poważną miną.
– To ma być twarz pana młodego? – zawołał Hagadorn. – Doprawdy, jeżeli małżeństwo tak działa na człowieka, tym szybciej powinienem potraktować to jako ostrzeżenie.
– Dziś nie będzie ślubu – odpowiedział przyjaciel.
– Nie będzie ślubu? Chyba nie…
– Marie Beaujeu umarła zeszłej nocy.
– Marie…
– Umarła zeszłej nocy. Po południu jeździła na łyżwach, wróciła przemarznięta i majaczyła, jakby mróz w jakiś sposób dostał się do jej umysłu. Jej stan pogarszał się z każdą chwilą, a ona bez przerwy mówiła o tobie.
– O mnie?
– Zastanawialiśmy się, co to wszystko znaczy. Nie wiedzieliśmy, że jesteście zakochani.
– Ja sam też tego nie wiedziałem. Tym gorzej.
– Mówiła, że jesteś na lodzie. Powtarzała, że nie wiesz o wielkiej szczelinie, i krzyczała, że wiatr wieje od brzegu. Potem wołała, że mógłbyś dotrzeć starym French Creek, gdybyś tylko wiedział…
– Właśnie tamtędy przyjechałem – przerwał Hagadorn.
– Jakim sposobem? Przecież to nie po drodze.
Hagadorn opowiedział mu więc, co się wydarzyło.
Tego dnia czuwali przy dziewczynie, u której głowy i stóp płonęły świece. W małym kościele panna młoda, która mogła właśnie brać ślub, modliła się za przyjaciółkę. Potem pochowali Marie w białej sukni druhny, a Hagadorn stanął z nią przed ołtarzem, tak jak od początku zamierzał. O północy, w dniu pogrzebu, jego przyjaciele pobrali się w mrocznym, zimnym kościele, po czym wspólnie przeszli przez śnieg, aby złożyć ślubne wieńce na jej grobie.
Trzy noce później Hagadorn wyruszył w drogę powrotną. Namawiano go, by jechał za dnia, lecz postawił na swoim i ruszył, gdy Wenus wytyczyła świetlistą ścieżkę na lodzie. Miał nadzieję, że biała łyżwiarka znów będzie mu towarzyszyć. Nie pojawiła się jednak. Jedynym towarzyszem był wiatr, a jedynym głosem – wycie wilka na północnym brzegu. Świat był biały, jakby dopiero co go stworzono, a słońce nie zdążyło jeszcze nadać mu barw ani człowiek go zbrukać.
[reklama]
To anonimowe amerykańskie opowiadanie pochodzi z nowo przetłumaczonego na język polski zbioru Dwadzieścia pięć opowieści o duchach, pod red. W. Boba Hollanda. Książka dostępna jest w księgarni Wydawnictwa CM.
