Podróż eleganckim ekspresem do Nowego Jorku zamienia się w niezwykłe doświadczenie, gdy jedna z pasażerek dostrzega tajemniczą postać zajmującą pozornie pusty fotel numer trzynaście. Wkrótce okazuje się, że jej niewidzialny towarzysz jest duchem komiwojażera, którego nawet śmierć nie uwolniła od zawodowych obowiązków.
DUCH Z WAGONU SALONOWEGO
Nadmorski domek mojej przyjaciółki Sary Pyne był cały udrapowany niebieskim drelichem. Poprosiła, abym pojechała tam z nią, gdy otwierała dom i przygotowywała go na lato. Przyznała, że myśl o samotnym wejściu do środka trochę ją denerwuje. Ja zaś zawsze jestem gotowa na wycieczkę. Taka ilość niebieskiego drelichu nieco mnie zdziwiła, ponieważ błękit nie służy cerze Sary – zazwyczaj wybiera jakiś odcień czerwieni. Dostrzegła moje zdumienie; jest bardzo krótkowzroczna, a zatem wszystko widzi chyba dzięki jakiemuś szóstemu zmysłowi.
– Nie podobają ci się moje portiery, zasłony i nakrycia na stoły – powiedziała. – Mnie również. Ale zrobiłam to, by komuś pomóc. Mam nadzieję, że teraz spokojnie spoczywa w grobie.
– W czyim grobie, na litość boską?
– Pana J. Billingtona Price’a.
– A kim on jest? Nie brzmi zbyt interesująco.
To anonimowe amerykańskie opowiadanie pochodzi z nowo przetłumaczonego na język polski zbioru Dwadzieścia pięć opowieści o duchach, pod red. W. Boba Hollanda. Książka dostępna jest w księgarni Wydawnictwa CM.

– W takim razie ci o nim opowiem – powiedziała Sara, siadając dokładnie przed jedną z niebieskich zasłon. – Zeszłej jesieni wyjeżdżałam stąd do Nowego Jorku szybkim ekspresem znanym jako Latający Jankes. Oczywiście pomyślałam o Latającym Holendrze, muzycznym opracowaniu tej niesamowitej legendy przez Wagnera oraz o tym, jak bardzo wszystko zmieniło się w czasach pary i tak dalej. Potem spojrzałam przez okno na krajobraz, na horyzont, który w pędzie pociągu zdawał się obracać po wielkim łuku. Od czasu do czasu kątem oka odnosiłam wrażenie, że po przeciwnej stronie wagonu, trzy czy cztery miejsca przede mną, siedzi jakiś mężczyzna. Za każdym razem, gdy dostrzegałam ten kształt, patrzyłam wprost na fotel i przekonywałam się, że jest pusty. Było to jednak osobliwe złudzenie. Podnosiłam lorgnon, a fotel wydawał się jeszcze bardziej pusty niż przedtem. Z pewnością nikogo tam nie było. Im lepiej jednak wiedziałam, że miejsce jest wolne, tym wyraźniej widziałam mężczyznę – zawsze kącikiem oka. Zaczęło mnie to denerwować. Kiedy do wagonu wchodzili pasażerowie, obawiałam się, że ktoś zajmie ten fotel. Co by się wtedy stało? Położono na nim torbę, co wzbudziło we mnie niepokój. Na następnej stacji torbę zabrano. Potem posadzono tam niemowlę. Zaczęło się śmiać, jakby ktoś delikatnie je łaskotał. Z fotelem było coś dziwnego – miał numer trzynaście. Ilekroć odwracałam wzrok, czułam wyraźnie, że siedząca tam osoba obserwuje mnie.
Nie wypadało oczywiście ulegać takim fantazjom. Nacisnęłam więc elektryczny przycisk, poprosiłam portiera o stolik, wyjęłam z torby talię kart i zaczęłam zabawiać się pasjansem. Zastanawiałam się właśnie, gdzie położyć siódemkę pik.
– Gdzie ona może pójść? – mruknęłam do siebie.
Głos za moimi plecami podpowiedział:
– Proszę położyć czwórkę karo na piątce, wtedy się uda.
Drgnęłam. Poza mną w wagonie znajdowali się tylko nowożeńcy, matka z trojgiem małych dzieci i typowy kaznodzieja należący do jednej z najsurowszych sekt. Kto przemówił?
– Proszę wyłożyć czwórkę, madame – powtórzył głos.
Z lękiem obejrzałam się przez ramię. Początkowo zobaczyłam niebieskawy obłok, podobny do dymu z cygara, lecz bez zapachu. Potem obraz się wyjaśnił i ujrzałam młodego mężczyznę, o którym dzięki jakiemuś subtelnemu przeczuciu wiedziałam, że jest widzialnym i niewidzialnym zarazem lokatorem fotela numer trzynaście. Najwyraźniej był komiwojażerem – i duchem. Oczywiście duch komiwojażera brzmi śmiesznie; ludzie tego zawodu są przecież aż nazbyt żywi! Można by też oczekiwać, że zmarły komiwojażer będzie wyjątkowo martwy i nie będzie „chodził”. Ten wyglądał jak najzwyklejsza zjawa: serdeczna, natarczywa i rzeczowa. Jednocześnie jego twarz wyrażała tak całkowitą rozpacz i grozę, że wyglądał jeszcze bardziej niedorzecznie. Nie wypada pozwalać nieznajomemu odzywać się do damy, nawet w tak bezosobistej sprawie jak czwórka karo. Lecz duch… Nie istnieją chyba zasady etykiety dotyczące rozmów z duchami! Kochana, to było straszne. To bezczelne stworzenie pokazało mi, jak rozegrać wszystkie karty, a potem poprosiło, abym rozłożyła je ponownie, gdyż chciało podsunąć mi kilka sprytnych pomysłów. Byłam zbyt zdumiona i poruszona, by mówić. Mogłam jedynie przekładać karty zgodnie z jego wskazówkami. Robiłam to tak, aby nie wyglądało, że słucham pustego powietrza, i żeby nie wzięto mnie za obłąkaną. Po chwili duch odezwał się ponownie i opowiedział mi swoją historię.
– Madame – powiedział – jeżdżę tam i z powrotem w tym wagonie od 22 lutego 189… roku. Siedem miesięcy i jedenaście dni. Przez cały ten czas nie zamieniłem z nikim ani słowa. Dla komiwojażera to bardzo ciężkie, może mi pani wierzyć! Zna pani historię Latającego Holendra? Otóż mój przypadek jest niemal taki sam. Ciąży na mnie klątwa, która nie zostanie zdjęta, dopóki jakaś dobra dusza… Ale wybiegam przed dalszą część opowieści. Tego dnia było nas czterech, każdy podróżował dla innej firmy. Jeden z chłopców handlował wełną, drugi proszkiem do pieczenia, trzeci butami i obuwiem, a ja wyrobami bawełnianymi. Spotkaliśmy się w drodze, zajęliśmy miejsca obok siebie i zaczęliśmy rozmawiać o interesach.
Tamci ludzie opowiadali potworne kłamstwa o swojej sprzedaży, choć był to Dzień Urodzin Waszyngtona. Handlarz proszkiem do pieczenia zwiększył wartość rzekomo sprzedanego towaru skuteczniej, niż zdołałaby to uczynić cała puszka jego produktu. Ja przyznałem uczciwie, że nie udało mi się jeszcze niczego sprzedać. Potem zakląłem – nie w lekkomyślny, wesoły sposób, rzucając ozdobniki, lecz wielką, pełną, rzucającą wyzwanie niebu przysięgą – że podczas tej podróży sprzedam skrzynię niebieskiego drelichu, choćby miało mi to zająć wieczność. Od rozmowy zaschło nam w gardłach, więc kiedy pociąg zatrzymał się w Rivermouth, wyszliśmy napić się piwa. Mają tam dobre, proszę pani… Proszę wybaczyć, zapomniałem, że mówię do damy. Musieliśmy potem biec, by zdążyć do wagonu. Źle postawiłem stopę, wpadłem pod koła, a następną rzeczą, którą pamiętam, było dochodzenie koronera prowadzone nad moimi szczątkami. Ja zaś, z rozprutym brzuchem, siedziałem w kącie stołu przedsiębiorcy pogrzebowego i zastanawiałem się, który z członków ławy koronerskiej mógłby kupić skrzynię niebieskiego drelichu.
Wtedy przypomniałem sobie bezbożną przysięgę i zrozumiałem, że jestem duszą skazaną na tułaczkę, dopóki nie uda mi się sprzedać tego towaru. Odezwałem się raz czy dwa, oferując drelich poniżej wartości, ale nikt mnie nie zauważył. Werdykt brzmiał: śmierć wskutek nieszczęśliwego wypadku; niedbalstwo zmarłego; spółka kolejowa bez winy; zmarły wysiadł po piwo na własne ryzyko. Pozostali komiwojażerowie zajęli się moimi szczątkami i napisali piękny list do krewnych o moim towarzyskim usposobieniu i imponującym sposobie prowadzenia rozmowy. Szkoda, że tamtym razem nie był mniej imponujący! Mogłem skłamać na temat sprzedaży albo powiedzieć, że liczę na lepsze powodzenie. Po tej przysiędze nie było jednak odwrotu. Tam i z powrotem, tam i z powrotem, tą trasą, w fotelu numer trzynaście, przez całą wieczność. Nikt nie podejrzewa mojej obecności. Ludzie siadają mi na kolanach – mam szczęście, kiedy trafia się miłe dziecko, takie jak dzisiejszego popołudnia! Kładą na mnie okrycia, torby, a nawet kolejowe broszury. Grają mi w karty pod nosem – i jakież niezdary zdarzają się wśród nich! Pani jest pierwszą osobą, która mnie dostrzegła, dlatego odważyłem się odezwać, bez zamiaru uchybienia. Widzę, że mi pani współczuje. Pamięta pani historię Latającego Holendra: uratowało go miłosierdzie dobrej kobiety. Senta wyszła nawet za niego. Ja nie proszę o nic aż tak wielkiego. Widzę obrączkę i nie wątpię, że uszczęśliwia pani jakiegoś mężczyznę. Sam nie byłem człowiekiem skłonnym do małżeństwa i, rzecz jasna, nie jestem też duchem skłonnym do ożenku. Zresztą nie ma to nic do rzeczy. Gdyby jednak mogła pani… Przypuszczam, że nie ma pani dla tego żadnego zastosowania… Ale gdyby zechciała pani dokonać porządnego, solidnego, chrześcijańskiego uczynku, byłbym wdzięczny przez całą wieczność. Może pani dostać tę skrzynię drelichu za siedemdziesiąt dwa dolary i pięćdziesiąt centów, podczas gdy dzisiejsza cena tego gatunku wynosi osiemdziesiąt dolarów. Dobijamy targu, madame?
Mowa biednego ducha nie była zbyt wymowna, ale w jego oczach płonął tak intensywny, gorączkowy blask, że budził grozę. Coś – litość, strach, sama nie wiem co – zmusiło mnie do działania. Postanowiłam zrezygnować z białozłotego płaszcza wieczorowego. Zamiast niego dałam duchowi siedemdziesiąt dwa dolary i pięćdziesiąt centów, a on wystawił mi pokwitowanie na tę sumę i podpisał je: J. Billington Price. Potem uśmiechnął się z zadowoleniem, podziękował ze wzruszeniem i wrócił na fotel numer trzynaście. Kilka razy podczas podróży czułam oszołomienie, choć już go nie zobaczyłam. Gdy pociąg przybył do Nowego Jorku i wraz z innymi pasażerami wysiadałam, wydało mi się, że silna ręka podtrzymuje mnie pod łokciem podczas schodzenia po stopniach. Kiedy przemierzałam peron, moja torba – i tak niezbyt ciężka – zdawała się nic nie ważyć. Sądzę, że duch z wagonu salonowego szedł obok mnie i niósł ją, choć jej uchwyt nadal pozostawał w mojej drugiej dłoni. Raz czy dwa wydawało mi się nawet, że czuję dotyk zimnych palców. Od tamtej pory nie mam powodu sądzić, że biedny duch nie zaznał spokoju. Mam nadzieję, że tak się stało.
Nigdy jednak nie oczekiwałam ani nie pragnęłam otrzymać niebieskiego drelichu. Mimo to nazajutrz pod nasze drzwi podjechał wóz wielkiej hurtowni i dostarczył skrzynię materiału wraz z opłaconym rachunkiem. Co miałam zrobić? Nie mogłam chodzić po mieście i sprzedawać niebieskiego drelichu; nie mogłam też rozdać go bez wzbudzenia komentarzy. Umeblowałam więc nim domek – a znasz przecież jego wpływ na moją cerę. Pożałuj mnie, kochana! I przyznaj mi, choć jestem kobietą lekkomyślną, zasługę ocalenia duszy kosztem własnej próżności. Oto cała historia. Co o niej sądzisz?
To anonimowe amerykańskie opowiadanie pochodzi z nowo przetłumaczonego na język polski zbioru Dwadzieścia pięć opowieści o duchach, pod red. W. Boba Hollanda. Książka dostępna jest w księgarni Wydawnictwa CM.
