Opowiadanie pochodzi ze zbioru: Na macie z trawy Makaloa: opowieści z wysp.
Wysłuchałem ze znużeniem starego Kohokomu, gdy opiewał bez końca czyny i przygody Maui, prometeńskiego półboga Polinezji, który z głębin oceanu wyłowił suchy ląd wędkami przytwierdzonymi do niebios, następnie podniósł sklepienie niebieskie, pod którym ludzie uprzednio chodzili na czworakach – było bowiem zbyt niskie, by mogli stanąć prosto; który uczynił, że słońce stanęło nieruchomo na swoich szesnastu nogach, a następnie zgodziło się wolniej przemierzać niebiosa – słońce należało widocznie do partii robotniczej i wierzyło w sześciogodzinny dzień pracy, podczas gdy Maui żądał, by sklep był otwarty przez dwanaście godzin.
– A to – rzekł Kohokomu – wyjątek z mele rodu królowej Liliʻuokalani:
Maui uniósł się i wytoczył walkę słońcu za pomocą nastawionej pętli. Zima wygrała słońce, zaś Maui wygrał lato…
Urodzony na Hawajach, znałem legendy hawajskie lepiej niż ten stary rybak, chociaż nie posiadałem jego pamięci, dzięki której mógł opowiadać te podania przez nieskończenie długie godziny.
– I wierzysz w to wszystko? – zapytałem w dźwięcznym narzeczu hawajskim.
– Działo się to już bardzo dawno – odparł z zastanowieniem. – Nigdy nie widziałem Maui własnymi oczyma. Lecz wszyscy nasi starcy od niepamiętnych dawnych lat opowiadają nam o nich tak, jak ja, starzec, będę opowiadał moim synom i wnukom, oni zaś swoim synom i wnukom, i tak dalej, aż po nieskończoność.
– Wierzysz – nalegałem – w tę bajkę, że sznur w ręku Maui pochwycił słońce jak dzikiego byka, i w tę drugą, że oddalił niebo od ziemi?
– Niewiele znaczę i nie jestem mędrcem, o Lakana – odparł rybak. – Lecz czytałem Biblię hawajską, przetłumaczoną dla nas przez misjonarzy, i przeczytałem tam, że Wasz Wielki Człowiek na początku uczynił ziemię i niebo, słońce i księżyc, i gwiazdy, oraz wszystkie zwierzęta od koni aż do płotek – od stonogi i moskitów – do wszy morskiej i meduzy, a także mężczyznę i kobietę i wszystko na świecie w ciągu sześciu dni. Wszak Maui nie uczynił tyle. On nie uczynił nic. Tylko uporządkował wszystko i na tym koniec; i użył bardzo wiele czasu na wprowadzenie udoskonaleń. W każdym razie łatwiej i rozsądniej jest wierzyć w pomniejszą baśń niż w wielką.
Cóż mogłem odpowiedzieć? Wziął mnie od strony rozsądku. Przy tym bolała mnie głowa. A co najzabawniejsze, jak to sam sobie przyznałem, to, że ewolucja twierdzi, iż człowiek biegał na czterech nogach, nim doszedł do tego, by chodzić wyprostowany; że astronomia stwierdza, iż szybkość obrotu Ziemi wokół jej osi stale się zmniejsza, zwiększając przez to długość dnia, oraz że sejsmolodzy zgadzają się, iż wszystkie wyspy hawajskie wynurzyły się z głębin oceanu na skutek wybuchów wulkanicznych.
Na szczęście zobaczyłem unoszącą się na powierzchni, kilkaset stóp dalej, trzcinę bambusową, która nagle uniosła się jednym końcem ku górze i zaczęła wykonywać wściekły taniec. Przerwało to bezcelową dyskusję – Kohokomu i ja zanurzyliśmy wiosła i skierowaliśmy naszą małą łódkę ku roztańczonej pałce. Kohokomu pochwycił linę przywiązaną do końca tyczki i przycisnął ją do siebie. Na jej końcu ujrzeliśmy walczącego dzielnie aż do ostatniej chwili, długiego na dwie stopy utikiki. Mokre srebro lśniło w słońcu, rybka rzucała się na dnie łódki. Kohokomu podniósł śliską ośmiornicę, wygryzł z niej zębami kawał żywej przynęty, uwiązał ją do haczyka i zarzucił wędkę do wody. Pręt płasko pływał na powierzchni wody, a łódka powoli się oddalała. Kohokomu obejrzał całe półkole, składające się z kilkunastu takich prętów płasko leżących, otarł ręce o swoje nagie boki i zaczął nucić nudną, odwieczną pieśń Kuali:
O, olbrzymia wędka Maui’ego!
Manai-i-ka-lani – przytwierdzona do niebios!
Skręcony na ziemi sznur uwiązuje haczyk,
Pochłonięty przez dumne Kauiki!
Przynętą jest czerwony Alae,
Ptak poświęcony Hina!
Zapada głęboko w Hawai,
Walczy i z bólem kona!
Schwytana już ziemia pod wodą,
Wyciągnięta już na powierzchnię,
Lecz Hina ukrył skrzydło ptaka
I złamał ziemię pod wodą!
Tam w dole pochwycono przynętę,
Pochłonęły ją natychmiast ryby,
Ulua głębin błotnistych!
Stary jego głos był chrapliwy i ostry, gdyż poprzedniego wieczoru wypił trochę za dużo na jakimś pogrzebie. Wszystko to jednak wcale nie wpływało na umniejszenie mojego rozdrażnienia. Głowa mnie bolała. Od blasku słońca lśniącego na wodzie bolały mnie oczy, a bujanie się łódki na ruchliwych falach wywoływało we mnie silny pociąg do „morskiej choroby”. Upał był nieznośny. W zatoce Waihee, pomiędzy białym brzegiem a sklepieniem nieba, żaden przewiew nie przerywał piekącego żaru. Zbyt źle się czułem, by zdobyć się na postanowienie porzucenia rybołówstwa i powrót na brzeg.
Leżąc na wznak z zamkniętymi oczami, straciłem rachubę czasu. Zapomniałem nawet, że Kohokomu śpiewa, i przypomniałem sobie o tym dopiero w chwili, gdy umilkł. Na jego wykrzyknik otworzyłem oczy na oślepiający blask słońca. Patrzył w dół przez lunetę morską.
– Ogromna – rzekł, podając mi lunetę i wskakując do wody nogami naprzód.
Zanurzył się spokojnie; żaden odgłos się nie dał słyszeć i żadna zmarszczka nie ukazała się na wodzie. Obrócił się i płynął w dół. Śledziłem go przez lunetę, utworzoną po prostu z podłużnego pudełka, długości kilku stóp, otwartego u góry, od dołu zaś zaopatrzonego w szczelnie osadzone szkło.
Właściwie Kohokomu był nudziarzem i zamęczał mnie swoją wielomównością, musiałem jednak podziwiać go, patrząc na tę wędrówkę w głąb. Przeszło siedemdziesiąt lat, chudy jak wykałaczka, pomarszczony jak mumia, czynił coś, na co zdobyłoby się niewielu młodych atletów mojej rasy. Do dna było czterdzieści stóp. Mogłem dostrzec cel jego wyprawy – częściowo widoczny, częściowo ukryty pod skałą koralową. Silny wzrok Kohokomu dostrzegł wystające macki ośmiornicy. Gdy już płynął, macki te schowały się leniwym ruchem, nic więc już nie było widać. Ta krótka chwila jednak zdradziła obecność ośmiornicy.
Ciśnienie na głębokości czterdziestu stóp to nie żarty, nawet dla młodego człowieka, jednak zdawało się nie wywierać żadnego wrażenia na tym staruszku. Jestem pewien, że nawet mu na myśl nie przyszło, że mogłoby to być w jakikolwiek sposób nieprzyjemne. Bezbronny, nagi – miał na sobie jedynie krótkie malo z tkaniny miejscowego wyrobu – został spostrzeżony przez potworne stworzenie, którym był upatrzony przezeń łup. Widziałem, jak chwycił prawą ręką koralową skałę, lewą zaś wsunął w otwór aż po ramię. Minęło pół minuty, podczas której wydawało się, że lewa ręka czegoś szuka w otworze.
Nagle, jedna po drugiej, wysunęły się macki – niezliczone, ruchliwe. Uchwyciły jego rękę, otoczyły ją i przywarły do ciała niczym żmije. Jedno poruszenie, jeden ruch, i ukazał się cały potwór – prawdziwa ryba diabelska, czyli ośmiornica.
Lecz starcowi nie spieszyło się do powrotu do swojego naturalnego środowiska – do powietrza nad wodą. Tam, na głębokości czterdziestu stóp, omotany przez ośmiornicę o długości dziesięciu stóp, która mogłaby z łatwością zatopić nawet najśmielszego nurka, zachował obojętność i największą zimną krew. Zrobił jedyną rzecz, która mogła mu dać przewagę nad potworem – przysunął swoją chudą, drapieżną twarz do centralnego punktu śliskiej, ruchomej masy i kilkoma swoimi starymi zębami ugryzł w samo serce – siedlisko życia potwora.
Po tym czynie powoli wynurzył się ku górze, jak to powinien czynić każdy nurek wracający z głębi do normalnej atmosfery. Gdy znalazł się obok łódki, choć wciąż zanurzony w wodzie, zsuwał z siebie obrzydliwe, lepkie stworzenie. Niepoprawny stary grzesznik zanucił pieśń triumfu, śpiewaną od pokoleń przez łowców ośmiornic:
O, Kanaloa świętej nocy!
Stań prosto na twardej ziemi!
Stań na ziemi, na której leży ośmiornica!
Wstań i weź ośmiornicę z głębi mórz!
Powstań, o Kanaloa!
Rusz się, rusz! Niech zbudzi się potwór!
Zostaw ośmiornicę, która obudzona leży spokojnie!
Zostaw ośmiornicę, która leży wyciągnięta…
Zamknąłem oczy i uszy, nie podając mu pomocnej ręki – byłem bowiem pewny, że poradzi sobie bez mojej pomocy, wsiądzie do chwiejnej łódki i nie narazi jej na utratę równowagi.
– Prześliczny okaz ośmiornicy! – zawołał. – To samica. A teraz zaśpiewam ci pieśń o muszli, o czerwonej małej muszelce, której używaliśmy jako przynęty na ośmiornice.
– Zachowywałeś się niemożliwie wczoraj wieczorem na pogrzebie – rzuciłem. – Słyszałem o tym. Hałasowałeś, śpiewałeś, aż wszyscy ogłuchli. Obraziłeś syna wdowy. Piłeś jak świnia. W twoim podeszłym wieku niedobrze tak dużo pić. Któregoś dnia obudzisz się martwy. Powinieneś być dzisiaj zupełnie chory…
– Ha! Ha! Ha! – zaśmiał się. – A ty, który nie piłeś, który jeszcze na świecie nie byłeś, gdy ja już byłem starym człowiekiem, który wczoraj udałeś się na spoczynek razem ze słońcem i z kurami – ty dziś jesteś zupełnie chory. Wytłumacz mi to. Uszy moje tak pragną słuchania, jak gardło pragnęło picia wczoraj. A dzisiaj, uważasz, jestem tutaj, jak zwykł mawiać ten Anglik, który przyjeżdżał tu swoim jachtem – zupełnie elegancki, diabelsko elegancki.
– Nic nie rozumiem – odparłem, wzruszając ramionami. – Jedna tylko rzecz jest zupełnie jasna, a mianowicie, że diabeł ciebie nie chce. Wiadomości o twoim śpiewie doszły do niego przed tobą.
– Nie – odparł po chwili zastanowienia. – To nie to. Diabeł uraduje się, gdy przybędę, mam bowiem dla niego kilka ładnych piosenek, wiele skandalicznych opowieści i dawnych plotek o wysokich władcach. Będzie się brał za boki ze śmiechu. Opowiem ci tajemnicę mego przyjścia na świat. Morze jest moją matką. Urodziłem się na podwójnej łodzi podczas wichru Kona na kanale Kahoolawe. Od matki mojej, od Morza, otrzymałem siłę. Ile razy powracam w jej ramiona, jak gdyby po uścisk – jak to uczyniłem dzisiaj – natychmiast odzyskuję siłę. Ona jest dla mnie siłą życiodajną, źródłem życia…
Cienie Anteusa! – pomyślałem.
– Kiedyś w przyszłości – mówił dalej stary Kohokomu – gdy już będę rzeczywiście stary, powiedzą o mnie, że utonąłem w morzu. Tak będą sądzili ludzie. W rzeczywistości powrócę wówczas w objęcia mej matki i spocznę tam na jej sercu, gdzie pozostanę aż do chwili powtórnych moich narodzin, do chwili, gdy słońce ujrzy mnie znowu jako młodzieńca, otoczonego blaskiem jak sam Maui, gdy był w kwiecie młodości.
– Dziwna wiara – wtrąciłem.
– Gdy byłem młody, mąciło mi się w głowie od dziwniejszych wierzeń – odparł stary Kohokomu. – Lecz słuchaj, młody mędrcze, mej starej mądrości. Wiem jedno: w miarę jak się starzeję, mniej szukam prawdy na zewnątrz, a więcej znajduję jej wewnątrz siebie. Dlaczego przyszła mi ta myśl o powrocie do matki i po wtórnych narodzinach z jej łona ku słońcu? Nie wiesz tego. A ja wiem tylko to, że nie szepnął mi o tym głos ludzki ani słowo drukowane; bez żadnej podniety z zewnątrz myśl ta powstała we mnie, z głębi tak wielkiej, jak głębie morskie. Nie jestem bogiem. Nie stwarzam rzeczy. Nie stworzyłem więc i tej myśli. Nie znam jej ojca ani matki. Jest ona we mnie od dawna, a więc jest prawdziwa. Człowiek nie stwarza prawdy. Człowiek, jeśli nie jest ślepy, tylko poznaje prawdę, gdy ją widzi. Czy ta myśl moja jest snem?
– A może to ty jesteś snem? – zaśmiałem się. – A może ja, i niebo, i morze, i twarda jak żelazo ziemia – może wszystko to są sny, tylko sny.
– Nieraz o tym myślałem – upewnił mnie spokojnie. – Bardzo możliwe. Wczoraj w nocy śniło mi się, że byłem skowronkiem, pięknym skowronkiem śpiewającym, takim jak te na górnych pastwiskach w Haleakala. Wznosiłem się wysoko, wysoko ku słońcu i śpiewałem tak, jak stary Kohokumu nigdy nie śpiewał. Mówię ci, że śniło mi się, iż byłem skowronkiem i śpiewałem wysoko w niebiosach. Lecz czy ja, prawdziwy ja, nie mogę być skowronkiem? A czy to, co ci opowiadam, nie może być snem, jaki mi się śni w tej chwili – mnie, skowronkowi? Kim jesteś, by móc mi powiedzieć „tak” albo „nie”? Czy ośmielisz się twierdzić, że nie jestem uśpionym skowronkiem, któremu się śni, iż jest starym Kohokumu?
Wzruszyłem ramionami, a on ciągnął dalej z triumfem:
– A skąd wiesz, że nie jesteś starym Maui, pogrążonym we śnie, któremu się śni, że jest Johnem Lakaną, który rozmawia ze mną w łodzi? I czy nie możesz się ocknąć jako stary Maui, wziąć się za boki i opowiadać, że miałeś dziwny sen, w którym wydawało ci się, że jesteś białym człowiekiem?
– Nie wiem – przyznałem. – Zresztą nie uwierzyłbyś mi.
– O wiele więcej jest w snach, niż nam się wydaje – zapewnił mnie uroczyście. – Sny idą głęboko, daleko w dół, może aż do czasów poprzedzających wszelki początek. A może tylko śniło się staremu Maui, że wyciągnął Hawaje z dna morskiego? W takim razie ten kraj Hawajów byłby tylko snem, a ty, ja i ta ośmiornica – wszystko to stanowiłoby tylko część snu wielkiego Maui. I skowronek również?
Westchnął i opuścił głowę na piersi.
– Męczę moją starą głowę tajemnicami, których nie można odkryć – przemówił znowu. – Aż w końcu odczuwam zmęczenie i chcę zapomnieć. Wówczas piję, udaję się na rybołówstwo, śpiewam dawne pieśni i śnię, że jestem skowronkiem, śpiewającym wysoko w niebiosach. To lubię najbardziej i często o tym śnię, gdy za dużo wypiję.
Posmutniał i spojrzał przez lunetę w głąb laguny.
– Nic nie złapie się na wędkę przez jakiś czas – oznajmił. – Haje kręcą się dokoła i musimy zaczekać, aż odpłyną. Aby czas się nie dłużył, zaśpiewam ci pieśń holowania łódki do Lono. Pamiętasz:
Daj mi pień drzewa, o Lono!
Daj mi największy korzeń drzewa, o Lono!
Daj mi ucho drzewa, o Lono!
– Litości! Nie śpiewaj! – przerwałem. – Głowa mnie boli, a twój śpiew mnie męczy. Może jesteś dziś diabelsko elegancki, ale twoje gardło jest zachrypnięte. Wolę już rozmawiać o snach lub słuchać bajek.
– To źle, że jesteś chory, będąc jeszcze tak młody – rzekł wesoło. – Nie będę już śpiewał. Opowiem ci coś, o czym nie wiesz, o czym nigdy dotąd nie słyszałeś; coś, co nie jest snem ani bajką, lecz o czym wiem, że się zdarzyło.
Nie tak dawno temu mieszkał tutaj, na wybrzeżu nad tą samą laguną, młody chłopak, imieniem Keikiwi, co – jak wiesz – oznacza Dziecię Wody. Był on istotnie dziecięciem wody. Jego bogami były morze i bogowie ryb; gdy przyszedł na świat, znał język ryb, o czym ryby nie wiedziały wcale, dopóki haje tego nie odkryły pewnego dnia, słysząc, jak przemawiał w tym języku.
Oto, co się zdarzyło. Nadeszła wiadomość i rozkaz, przyniesiony przez szybkobieżnych posłańców, że król objeżdża wyspę i że następnego dnia ma być wydana dla niego uczta tutaj, w Waihee. Te objazdy królewskie były zawsze bardzo przykre, ponieważ nieliczni mieszkańcy małych miejscowości musieli napełnić żywnością żołądek króla. Przybywał zawsze z małżonką i jej służebnicami, z kapłanami i czarownikami, z tancerzami, grajkami na flecie, śpiewakami i wojownikami. Towarzyszyli mu także wielcy wodzowie z żonami, czarownikami, wojownikami i służbą.
W takich małych miejscowościach, jak Waihee, droga jego podróży znaczyła potem często nędza i głód. Lecz króla trzeba nakarmić, a niedobrze jest go rozgniewać. Toteż wiadomość o jego przybyciu była dla mieszkańców Waihee zapowiedzią klęski. Wszyscy, którzy zajmowali się zdobywaniem żywności w polu, w stawach, w górach lub w morzu, wyruszyli, by przygotować ucztę. I pomyśl – zdobyto wszystko: od wyborowego królewskiego taro po trzcinę cukrową; od opihi do limu, od kur po dzikie świnie i karmione szczenięta, wszystko – oprócz jednego: rybacy nie dostarczyli homarów.
Trzeba wiedzieć, że ulubioną potrawą króla były homary. Wynosił je nad wszystkie inne przysmaki, o czym gońcy wyraźnie zaznaczyli. Ale homarów nie było – a niedobrze jest rozgniewać królewski żołądek. W ostatnich czasach krążyło zbyt wiele haje. I na tym polegała trudność. Pożarły młodą dziewczynę i starca. Spośród młodych ludzi, którzy odważyli się zanurzyć w głębię w poszukiwaniu homarów, jeden został pożarty, drugi stracił rękę, a trzeci rękę i nogę.
Lecz wtedy żył Keikiwai, Dziecię Wody – zaledwie jedenastoletni, lecz sam pół ryba, który znał język ryb. Starsi wioski udali się do jego ojca, prosząc, by posłał Dziecię Wody po homary, aby napełnić królewski żołądek i odwrócić jego gniew.
Co wydarzyło się potem, było powszechnie znane i stwierdzone. Rybacy i ich kobiety, rolnicy uprawiający taro, łowcy ptaków, starsi wioski i wszyscy mieszkańcy Waihee wyszli na wybrzeże i stali w pewnej odległości od brzegu skały, na której stało Dziecię Wody, patrząc na homary spoczywające daleko na dnie.
Przyglądała mu się również haja, ze wzrokiem niczym kocim, i usłyszała, jak rzucił wezwanie o „świeże mięso”, by zebrać wszystkie haje w lagunie. Haje bowiem pracują wszystkie razem, dlatego są tak silne. Odpowiedziały na wezwanie – zebrało się ich czterdzieści: długie i krótkie, chude i tłuste. Czterdzieści ich policzono. Rozmawiały między sobą, mówiąc: „Spójrzcie na ten kąsek, to dziecko, przysmak – ludzkie ciało, bez posmaku soli morskiej, której mamy już za wiele. Smakowite, dobre do jedzenia, rozpłynie się ono w naszych żołądkach, które wyciągną z niego wszystko, co najsłodsze”.
Mówiły dalej: „Przybył po homary. Gdy da nura, będzie już naszą własnością. To nie ten starzec, którego zjadłyśmy wczoraj, suchy ze starości, ani ci młodzieńcy, których mięśnie były zbyt twarde. To ciało miękkie, tak miękkie, że rozpłynie się w naszych paszczach, zanim jeszcze dotrze do żołądka. Gdy się zanurzy, rzucimy się wszystkie na niego. Szczęśliwa będzie ta, która go dostanie. Zginie w jednej chwili – to jeden kęs, jeden łyk dla żołądka tej najszczęśliwszej z nas”.
Keikiwai, Dziecię Wody, usłyszał ten spisek, znał bowiem język haje. Wzniósł modlitwę w ich języku do boga Moku-halii. Haje usłyszały to, zaczęły ruszać ogonami jedna do drugiej i mrużyć swoje kocie oczy na znak, że rozumieją jego mowę. Następnie rzekł: „Teraz zanurzę się po homara dla króla. I nic złego mi się nie stanie, gdyż haja z najkrótszym ogonem jest moją przyjaciółką i obroni mnie”.
Mówiąc to, podniósł z ziemi kawałek skały i wrzucił ją do wody. Kamień wpadł z wielkim pluskiem dwadzieścia stóp dalej. Czterdzieści haje rzuciło się w tamtym kierunku, a chłopak zanurkował. Zanim haje spostrzegły, że go nie ma, dotarł na dno i wrócił na brzeg, trzymając w ręku tłustego homara dla króla – samicę pełną ikry.
– „Ha!” – zawołały z gniewem haje. „Mamy zdrajcę wśród nas! To dziecko, ten słodki kąsek, przemówiło i naraziło na niebezpieczeństwo jedną z nas, która go uratowała. Zmierzmy długość naszych ogonów!”
Uczyniły to, ustawiając się w długim szeregu. Haje z krótkimi ogonami starały się oszukać pozostałe, wyciągając się, by zyskać na długości; te zaś z dłuższymi ogonami również się wyciągały, by nie dać się okpić. Rozgniewały się na tę, która miała najkrótszy ogon, rzuciły się na nią ze wszystkich stron i pożarły ją, aż wreszcie nic z niej nie zostało.
Ponownie słuchały uważnie, oczekując, że Dziecię Wody zanurzy się w morzu. Dziecię Wody raz jeszcze odmówiło modlitwę do Moku-halii w języku haje i powiedziało: „Haja z najkrótszym ogonem jest moją przyjaciółką i obroni mnie”. Potem rzuciło kolejny odłamek skały, tym razem dwadzieścia stóp w przeciwną stronę. Haje pośpieszyły tam, gdzie padł kamień, wpadając jedna na drugą i bijąc ogonami, aż woda spieniła się cała. W zamieszaniu nie mogły nic widzieć i każda sądziła, że inna pożera smaczny kąsek. Tymczasem Dziecię Wody wynurzyło się z głębi z kolejnym tłustym homarem dla króla.
Trzydzieści dziewięć haje ponownie zmierzyło ogony i pożarły tę, która miała najkrótszy. Pozostało ich więc trzydzieści osiem. Dziecię Wody kontynuowało swoje działania, jak już powiedziałem, a haje wciąż postępowały zgodnie z przewidywaniami. Za każdą pożartą haję na skale leżał jeden homar dla króla. Było wiele kłótni między haje podczas mierzenia ogonów, ale ostatecznie stało się zadość sprawiedliwości. Gdy zostały już tylko dwie haje, były to największe spośród całej czterdziestki.
Dziecię Wody ponownie powiedziało, że haja z najkrótszym ogonem jest jego przyjaciółką. Zmyliło ich czujność, wrzucając do morza jeszcze jeden odłamek skały, i przyniosło kolejnego homara. Każda z dwóch ostatnich haje twierdziła, że ma dłuższy ogon, i obie próbowały pożreć się nawzajem. Ostatecznie ta, która miała dłuższy ogon, wygrała.
– Dosyć! O, Kohokumu! – przerwałem. – Pamiętaj, że ta haja…
– Wiem, co mi powiesz – przerwał mi Kohokumu – i masz rację. Tyle czasu zajęło jej pożarcie trzydziestu dziewięciu haje – bo wewnątrz każdej z nich było dziewiętnaście tych, które wcześniej pożarła – że nie miała już takiego apetytu, jak na początku. Ale pamiętaj, była ona ogromna.
Tyle czasu zajęło jej pożarcie tamtej haje i dziewiętnastu innych, znajdujących się w jej wnętrzu, że jadła jeszcze, gdy zapadł zmrok. Mieszkańcy Waihee powrócili do swoich domów, zabierając homary dla króla. Następnego ranka znaleźli ostatnią haję na brzegu, szeroko pękniętą, ze wszystkim, co zjadła.
Kohokomu zatrzymał się i świdrującymi oczkami bacznie mi się przyglądał.
– Zaczekaj, o Lakana! – powstrzymał słowa, które cisnęły mi się na usta. – Wiem, co chcesz powiedzieć. Powiesz, że nie widziałem tego własnymi oczyma, a więc sam nie wiem tego, co ci opowiadałem. Lecz wiem i mogę ci dać dowód. Ojciec mego ojca znał wnuka wuja ojca Dziecka Wody. Tam, na skalistym szczycie, który ci wskażę palcem, stało Dziecko Wody i stamtąd zanurzało się w fale morskie.
– Ja sam nieraz szukałem tam homarów. Jest ich tam zawsze bardzo dużo. Często też widywałem haje. I tam, na dnie – o czym dobrze wiem, bo je widziałem i sam liczyłem – leży trzydzieści dziewięć odłamków skały, wrzuconych przez Dziecko Wody, jak ci opowiedziałem.
– Lecz… – zacząłem.
– Ha! – zawołał. – Patrz! Podczas gdy rozmawialiśmy, ryby znowu zaczęły brać przynętę.
Wskazał na trzy tyczki bambusowe, które kołysały się mocno, dowodząc, że ryby połknęły haczyk i wciąż z nim walczyły pod powierzchnią wody. Nachylając się nad wiosłem, szeptał, oczywiście do mnie:
– Wiedziałem o tym. Te trzydzieści dziewięć kawałków skały wciąż tam leży. Możesz je sam kiedyś policzyć. Oczywiście wiem, i wiem, że tak było.
Glen Ellen,
2 października 1916
Tłumaczenie: M. Andrzeykowicz.
Redakcja i współcześnienie tekstu: Wydawnictwo CM.
