Do poczytania: Karel Čapek, Ślad (opowiadanie z tomu „Boskie męki”)

Spokojnie, bez końca padał śnieg na zamarznięty kraj. Ze śniegiem zawsze spada cisza – pomyślał Boura, ukryty w jakiejś budzie – i było mu zarazem uroczyście i smutno, bo czuł się samotny w rozległym krajobrazie. Ziemia przed jego oczami upraszczała się, jednoczyła i rozszerzała, wyrównana w białych falach i nierozorana chaotycznymi śladami życia. Wreszcie przerzedził się i ustał taniec płatków – jedyny ruch w tej uroczystej ciszy. Niepewnie zapada przechodzień stopami w nietknięty śnieg i dziwi się, że to on pierwszy znaczy kraj długim szeregiem swoich kroków. Lecz naprzeciw, drogą, idzie ktoś czarny i zasypany śniegiem; dwa łańcuszki kroków pobiegną obok siebie, skrzyżują się i wniosą pierwszy ludzki nieład na tę czystą tablicę.
Jednak nadchodzący zatrzymuje się, ma jeszcze śnieg na brodzie i wpatruje się uważnie w coś na uboczu drogi. Boura zwolnił kroku i spojrzał w tym samym kierunku; oba szeregi śladów zeszły się i zatrzymały obok siebie.
– Widzicie tamten ślad? – powiedział zasypany śniegiem mężczyzna, wskazując jakiś trop około sześciu metrów od skraju drogi, gdzie stali.

Opowiadanie pochodzi z książki Boskie męki: opowiadania kryminalno-filozoficzne, dostępnej w księgarni Wydawnictwa CM.

Karel Capek, Boskie męki
Karel Capek, Boskie męki


– Widzę; to ludzki ślad.
– Tak, ale jak się tam dostał? – Ktoś tędy szedł – chciał powiedzieć Boura, lecz urwał; ślad był pojedynczy pośrodku pola, a przed nim ani za nim nie było żadnych kroków; był zupełnie wyraźny i ostry na białej powierzchni, ale samotny – nic do niego nie prowadziło ani od niego nie odchodziło. – Jak się tam mógł znaleźć? – zdziwił się i chciał do niego podejść.
– Zaczekajcie – powstrzymał go drugi – narobicie wokół niego niepotrzebnych śladów i wszystko popsujecie. To trzeba wyjaśnić – dodał z irytacją – nie może być tak, żeby gdzieś był tylko jeden ślad. Załóżmy, że ktoś skoczył stąd na środek pola; wtedy przed nim nie byłoby kroków. Ale kto by tak daleko doskoczył i jak mógłby wylądować tylko na jednej nodze? Przecież straciłby równowagę i musiałby się gdzieś podeprzeć drugą; myślę, że musiałby jeszcze kawałek przebiec naprzód, jak przy skoku z jadącego tramwaju. A tutaj nie ma drugiej stopy.
– To niedorzeczność – powiedział Boura. – Gdyby skoczył stąd, byłyby tu, na drodze, jego ślady; a są tylko nasze kroki. Nikt przed nami tędy nie szedł.
– Ślad jest zwrócony piętą do drogi; ten, kto go zrobił, szedł w tym kierunku. Gdyby szedł do wsi, musiałby iść w prawo; w tę stronę są tylko pola – a cóż, u diabła, miałby ktoś teraz szukać w polach?
– Proszę, kto postawił tam stopę, musiał też jakoś odejść; ale ja twierdzę, że w ogóle nie odszedł, bo nie zrobił dalszych kroków. To jasne. Nikt tędy nie szedł. Ślad trzeba wyjaśnić inaczej. – I Boura usilnie się zastanawiał. – Może był tam w ziemi naturalny dołek albo odcisk w zamarzniętym błocie i w niego napadał śnieg. Albo, zaczekajcie, może leżał tam porzucony but i ptak go zabrał, kiedy spadł śnieg. Wtedy zostałoby niezasypane miejsce, podobne do śladu. Trzeba szukać naturalnego wyjaśnienia.
– Gdyby ten but stał tam jeszcze przed zamiecią, zostałaby pod nim czarna ziemia; a ja widzę tam śnieg.
– Może ten ptak zabrał but jeszcze podczas śnieżycy; albo upuścił go w locie na świeży śnieg i znowu podniósł. W każdym razie to nie może być ślad.
– Czy ten wasz ptak jada buty? Albo robi sobie w nich gniazdo? Mały ptak buta nie uniesie, a duży się do niego nie zmieści. To trzeba rozwiązać ogólnie. Ja myślę, że to jest ślad, a jeśli nie przyszedł po ziemi, to musiał przyjść z góry. Wy sądzicie, że zrobił to ptak, ale możliwe, że przyszło to choćby… z balonu. Może ktoś uczepił się balonu i postawił jedną nogę w śniegu, żeby zrobić sobie żart ze świata. Nie śmiejcie się, mnie samemu jest niezręcznie tłumaczyć to tak naciąganie, ale… Byłbym rad, gdyby to nie był ślad. – I obaj ruszyli ku niemu.
Okoliczności nie mogły być jaśniejsze. Od rowu biegnącego wzdłuż drogi łagodnie wznosiło się niezaorane, zasypane śniegiem pole; mniej więcej pośrodku znajdował się ten ślad, a za nim stało, gęsto osypane śniegiem, niewielkie drzewo. Powierzchnia między drogą a śladem była dziewicza, bez najmniejszego znaku jakiegokolwiek dotknięcia; powierzchnia śniegu nigdzie nie była naruszona ani poruszona. Śnieg był miękki i plastyczny, bez sypkości wielkich mrozów.
To był naprawdę ślad. Odcisk dużego buta o amerykańskim kroju, z bardzo szeroką podeszwą i pięcioma mocnymi gwoździami w obcasie. Śnieg był czysto i gładko sprasowany, nie było na nim lekkich, niezdeptanych płatków: a więc ślad powstał dopiero wtedy, gdy śnieg już przestał padać. Odcisk był głęboki i stanowczy; ciężar spoczywający na tej podeszwie musiał być znacznie większy niż waga któregokolwiek z mężczyzn pochylonych nad śladem. Hipoteza o ptaku i bucie milcząco upadła.
Tuż nad śladem zwisały skrajne gałęzie drzewa: kilka cienkich gałązek oblepionych śniegiem, którego nigdzie nie strząśnięto ani nie starło. Przy lekkim potrąceniu gałęzi śnieg opadał całymi bryłami. Hipoteza „z góry” całkowicie upadła. Nie sposób było uczynić czegokolwiek z góry bez strącenia śniegu z drzewa. Fakt śladu nabrał twardej, nagiej oczywistości.
Za śladem rozciągała się tylko czysta powierzchnia śniegu. Wspinali się po zboczu i przebiegli przez grzbiet wzgórza; znów opadało ono w dół, daleko w dół, nietkniętym białym stokiem, a za nim wznosił się nowy, jeszcze szerszy i bielszy. Na całe kilometry nie było drugiego śladu stopy.
Zawrócili; za sobą znaleźli podwójny rząd własnych kroków, równy i piękny, jakby celowo tak ułożony. Lecz między obiema liniami, pośrodku zdeptanego kręgu, znajdował się ślad innej, potężniejszej stopy – cyniczny w swej samotności; coś powstrzymało ich, by go nie zdeptać i nie pozbyć się go w cichym porozumieniu.
Wyczerpany i zdezorientowany Boura usiadł na słupku przydrożnym.
– Ktoś zrobił sobie z nas niezły żart.
– To haniebne – powiedział drugi – to niesłychanie głupi kawał, ale… Do diabła, tu są fizyczne granice. Przecież to w ogóle niemożliwe… Słuchajcie – wyrzucił nagle, niemal z niepokojem – skoro jest tam tylko jedna noga, czy nie mogłaby należeć do kogoś jednonogiego? Nie śmiejcie się, wiem, że to głupota, ale jakieś wyjaśnienie musi być. Przecież chodzi tu o rozum, to atak czegoś… Jestem zupełnie skołowany. Albo obaj jesteśmy szaleni, albo śnię u siebie w domu w gorączce, albo musi istnieć naturalne wyjaśnienie.
– Obaj jesteśmy szaleni – rzekł Boura zamyślony. – Ciągle szukamy „naturalnego” wyjaśnienia; chwytamy się najbardziej zawiłych, najbardziej niedorzecznych i najbardziej wymuszonych przyczyn, byle były „naturalne”. A przecież byłoby może o wiele prostsze i… naturalniejsze, gdybyśmy powiedzieli, że to po prostu cud. Wtedy tylko byśmy się zdziwili i spokojnie poszli swoją drogą… bez zamętu. Może nawet zadowoleni.
– A ja bym się nie zadowolił. Gdyby za sprawą tego śladu wydarzyło się coś wielkiego… gdyby ktoś dzięki temu otrzymał coś dobrego, sam bym padł na kolana i krzyczał: „cud”. Ale ten ślad – przecież to żenujące; to strasznie małostkowe: zrobić tylko jeden ślad, kiedy wystarczyłoby zrobić zwyczajny szereg kroków.
– Gdyby ktoś na twoich oczach wskrzesił martwą dziewczynę, uklękniesz i uniżysz się; ale zanim śnieg stopnieje ci na kolanach, pomyślisz, że to była tylko pozorna śmierć. Tutaj właśnie nie ma nic pozornego; tutaj, powiedzmy, dokonano cudu w możliwie najprostszych warunkach, jak przy doświadczeniu fizycznym.
– Może nie uwierzyłbym nawet w to wskrzeszenie. A przecież i ja chcę być zbawiony i czekam na cud… że coś przyjdzie i odmieni moje życie. Ten ślad mnie nie odmieni ani nie zbawi, z niczego mnie nie wyprowadzi; tylko mnie dręczy, utkwił mi tutaj i nie mogę się go pozbyć. A ja mu nie wierzę: cud by mnie uspokoił, ale ten ślad jest pierwszym krokiem w niepewność. Lepiej by było, gdybym go nie widział.
Obaj długo milczeli. Znowu zaczął padać śnieg i sypał coraz gęściej.
– Przypominam sobie – zaczął Boura – że czytałem u Davida Hume’a o samotnym śladzie na piasku. Ten więc nie jest pierwszy. Myślę, że może są tysiące takich śladów, że jest ich nieskończenie wiele – takich, przy których nic nam nie przychodzi do głowy, bo przywykliśmy do pewnych reguł. Ktoś inny mógłby go w ogóle nie zauważyć; nie przyszłoby mu na myśl, że to samotny przypadek, że istnieją na świecie rzeczy, które nie mają z niczym dalszego związku. Widzisz, nasze ślady są wszystkie jednakowe; ale ten samotny jest większy i głębszy niż nasze. A kiedy myślę o swoim życiu, wydaje mi się, że muszę w nim uznać… kroki, które donikąd nie prowadzą i znikąd nie przychodzą. Strasznie to poplątane – myśleć o wszystkim, co przeżyłem, jak o jakimś ogniwie, które następuje po kolei i kończy się innym. Zdarza się, że nagle coś wiesz albo czujesz, przed czym nie było nic, nic, nic podobnego i po czym już nic podobnego nigdy nie może przyjść. Są ludzkie sprawy, które z niczym się nie łączą i wszędzie tylko dowodzą swojej samotności. Wiem o rzeczach, z których nic dalej nie wynikło, które niczego i nikogo nie zbawiły, a przecież… zdarzały się przypadki, które już dalej nie prowadziły i nie pomagały dalej żyć, a były może najważniejszymi rzeczami życia. Nie przyszło ci do głowy, że ten ślad był o wiele piękniejszy niż wszystkie, które dotąd widziałeś?
– A ja sobie przypominam – odezwał się drugi – o siedmiomilowych butach. Może kiedyś ludzie także znaleźli taki ślad i nie potrafili go inaczej wyjaśnić. Któż wie, może wcześniejsze kroki są gdzieś pod Pardubicami i Kolínem, a następne dopiero pod Rakovníkiem. Ale równie dobrze mogę myśleć, że kolejny krok nie odbił się już w śniegu, lecz może w społeczeństwie, pośród jakiegoś wydarzenia, gdzieś, gdzie coś się stało albo się stanie; że ten krok jest ogniwem jakiegoś ciągłego szeregu kroków. Wyobraźcie sobie ciąg takich cudów, w których ten ślad ma swoje naturalne miejsce. Gdybyśmy mieli doskonale poinformowane gazety, może moglibyśmy w wiadomościach codziennych odnaleźć te dalsze kroki i śledzić czyjąś drogę. Może jakieś bóstwo podąża swoją ścieżką; idzie bez sprzeczności, krok po kroku; może jego droga jest jakimś przewodnictwem, którego powinniśmy się uchwycić. Moglibyśmy krok za krokiem iść śladami bóstwa. Może byłaby to droga zbawienia. To wszystko jest możliwe… A straszne jest mieć przed sobą z całkowitą pewnością jeden krok tej drogi i nie móc jej dalej śledzić.
Boura zadrżał i wstał. Śnieg padał coraz gęściej i zdeptane pole z wielkim śladem pośród innych znikało pod nową warstwą śniegu.
– Ja go nie opuszczę – powiedział zasypany śniegiem mężczyzna..
– śladu, którego już nie ma i nie będzie – dokończył w myślach Boura, i ich drogi rozeszły się w przeciwnych kierunkach.

Opowiadanie pochodzi z książki Boskie męki: opowiadania kryminalno-filozoficzne, dostępnej w księgarni Wydawnictwa CM.

Karel Capek, Boski męki
Karel Capek, Boski męki