Do poczytania: Karel Čapek, Poczekalnia (opowiadanie z tomu „Boskie męki”)

Przetrwam noc w restauracji – myślał Záruba, gdy pociąg już dojeżdżał – albo wyciągnięty gdzieś w poczekalni; prześpię trzy albo cztery godziny i pierwszym porannym pociągiem pojadę dalej. Boże, tylko szybko! jeszcze jest nadzieja i wszystko można ocalić; ach, tyle godzin!
Lecz restauracja była już zamknięta, a jedyną poczekalnię wypełnił transport wojska. Spali na ławkach i stołach, leżeli wszędzie na ziemi z głową opartą o nogi stołów, o spluwaczki, o zgnieciony papier, twarzami do ziemi, stłoczeni jak stosy trupów. Záruba schronił się na korytarz: było tam zimno, a dwa płomyki gazowe drżały zmęczone w wilgotnym półmroku, który pachniał smołą i moczem z ustępów; kilku ludzi dygotało i ziewało na ławkach w tępej cierpliwości długiego czekania. Było tu jednak trochę miejsca, trochę miejsca dla człowieka; choć odrobina miejsca na milczący sen zmęczonego.

Opowiadanie pochodzi z książki Boskie męki: opowiadania kryminalno-filozoficzne, dostępnej w księgarni Wydawnictwa CM.

Karel Capek, Boskie męki
Karel Capek, Boskie męki


Záruba znalazł ławkę i usadowił się jak najcieplej, jak najpewniej; z samego siebie zbudował kąt dla swojego snu, łoże, posłanie, czworokąt, schronienie… Ach, niewygoda! wyrwał się z półsnu; jak ułożyć kończyny? Długo i usilnie nad tym rozmyślał; wreszcie dziecinnie zapragnął się położyć, więc wyciągnął się na ławce. Lecz ławka była zbyt krótka. Záruba rozpaczliwie zmagał się ze swoimi wymiarami, rozdrażniony tak bezwzględnym oporem; w końcu leżał jakby spętany, bez ruchu, chłopięco mały, i patrzył na wielkie kręgi światła, które kręcą się w ciemności, na wirujące tarcze – Przecież już śpię, przemknęło mu przez głowę, i w tej samej chwili otworzył oczy; zobaczył wtedy oddalający się kąt dwóch ścian i straszliwie się zmieszał: gdzie ja jestem? Co to właściwie jest? Wpatrywał się rozpaczliwie, szukając jakiejś orientacji, lecz nie mógł pojąć przestrzeni ani kierunków; zebrał więc wszystkie siły i wstał.
Znów zobaczył długi i zimny korytarz, lecz wydał mu się smutniejszy niż przedtem, i zrozumiał, że całkowicie się obudził, i poczuł w ustach gorzki smak czuwania.
Oparty o kolana, myślał o swojej sprawie. Uczynić to ostatnie, postarać się o ratunek, tak; lecz jeszcze tyle godzin! Roztargniony patrzył na brudne płytki korytarza; dostrzegał zdeptane papierki, obrzydliwą plwocinę, osad niezliczonych stóp… A tam coś jak kształt twarzy, oczy z błota i usta ze śliny, ohydna próba uśmiechu…
Znechęcony podniósł oczy. Tam leży żołnierz na ławce, śpi z głową odrzuconą w tył i jęczy jak umierający. Jakaś kobieta śpi, na kolanach ma głowę dziewczynki; ma twarz złą i nędzną, śpi; lecz dziewczynka patrzy bladymi oczami i coś sobie szepcze; ma długą, wysuniętą brodę i szerokie usta w chudych policzkach, dziecięca staruszka o smutnych, szerokich, niespokojnych oczach… A tamten tęgi, jak śpi, opuchły od senności, bezwładnie spada z ławki, zdumiony i tępy; miękka masa, która osunie się przy pierwszym oparciu. – Pod zielonym kapelusikiem mrugają czarne, żywe oczy młodego mężczyzny. – Chodź tu – syczy przez przerwy zepsutych zębów do dziewczynki o bladym spojrzeniu; – chodź tu – szepcze i śmieje się. Dziewczynka kręci się niepewnie i uśmiecha strasznym, starczym uśmiechem; jest bezzębna. – Chodź tu – gwiżdże młodzieniec i sam siada przy niej. – Jak masz na imię? – i gładzi ją dłonią po kolanach. Dziewczynka uśmiecha się lękliwie i nieładnie. Śpiący żołnierz chrapie jak w godzinie śmierci.
Záruba zadrżał z zimna i obrzydzenia.
Pierwsza po północy. Czas sunął męcząco powoli, a Záruba czuł, jak go rozciąga, bezmyślnie rozwleka narastającym i bezkierunkowym napięciem. Dobrze, powiedział sobie, zamknę oczy i wytrzymam tak bez myśli, bez ruchu jak najdłużej, przez całe godziny, aż czas się przetoczy… I tak siedział sztywno, zmuszając się do wytrwania jak najdłużej; bez końca trwały minuty, liczenie bez liczb, przeciąganie za przeciąganiem… Wreszcie, po czasie nie do zniesienia, otworzył oczy. Pięć minut po pierwszej. Korytarz, papiery, dziecko, ten sam niezręczny, starczy uśmiech… Nic się nie zmieniło. Wszystko zastygło w nieruchomej, natarczywie bliskiej teraźniejszości.
I nagle Záruba dostrzegł człowieka. Siedział w kącie nieruchomo jak on sam i nie spał. Ten jest jak ja, pomyślał Záruba; on także nie może spać przez czas. O czym myśli? O czekaniu bez końca jak ja? Człowiek drgnął, jakby to pytanie było mu niemiłe. Záruba niechętnie wpatrzył się w jego bezkształtną twarz; dostrzegł na niej niespokojny ruch, jakby ktoś odpędzał natrętną muchę. Nagle tamten wstał, na palcach przeszedł przez korytarz i usiadł tuż obok niego.
– Było panu nieprzyjemnie, że się na pana patrzę – powiedział Záruba przyciszonym głosem.
– Tak. – Obaj długo milczeli. – Proszę spojrzeć – wyszeptał w końcu człowiek, wskazując palcem na ziemię – tutaj to wygląda jak ludzka twarz.
– Już wcześniej patrzyłem.
– Już pan patrzył – powtórzył człowiek zamyślony; – więc panu też było tak…
– Jak?
– Nic nie jest trudniejsze niż czekanie – odpowiedział człowiek.
– Jak mi było?
– Ciężko. Trudno czekać. Niech przyjdzie cokolwiek, to jest wybawienie. Czekać jest trudno.
– Dlaczego pan o tym mówi?
– Bo trudno czekać. I pan czytał twarze zapisane w kurzu i ślinie. I pan się dręczył. Nic nie jest bardziej męczące niż teraźniejszość.
– Dlaczego?
– Bo trudno czekać. – Człowiek zamilkł i patrzył w ziemię.
– Dokąd pan jedzie? – zapytał po chwili Záruba.
– Jadę tak po prostu – odpowiedział zapytany roztargniony – dla przyjemności. Często bowiem trafiają się piękne miejsca. Idzie się tak daleko, że już o niczym się nie myśli, i nagle jest się w takim miejscu; to może być strumień albo źródełko w gaju, albo dzieci, coś nieoczekiwanego i pięknego… I wtedy, zaskoczony, pojmujesz, czym jest szczęście.
– Czym jest szczęście?
– Niczym. Po prostu się je spotyka. Jest, krótko mówiąc, zdumiewające. Myślał pan kiedyś o pogańskich bogach?
– Nie myślałem.
– To było tak: nikt ich nie oczekiwał, a nagle ich widział. Gdzieś w wodzie albo w krzakach, albo w płomieniu. Dlatego byli tacy piękni. Och, gdybym potrafił to wyrazić! gdybym tylko potrafił to wyrazić!
– Dlaczego pan myśli o bogach?
– Tak po prostu. Szczęście trzeba spotkać szybko i nagle. To taka osobliwa przypadkowość! Tak nagłe zdarzenie, że powiedziałby pan: ach, jaka przygoda! Spotkało to pana kiedyś?
– Spotkało.
– I wtedy było panu jak we śnie. To, co najpiękniejsze, jest tylko przygodą. Tam, gdzie miłość przestaje być przygodą, staje się udręką.
– Dlaczego, dlaczego tak jest!
– Nie wiem. Nie mogłaby trwać, gdyby nie była udręką. Proszę spojrzeć, starożytni mieli jedno imię dla szczęścia i dla przypadku. Lecz było to imię boskie.
Fortuna, pomyślał Záruba ze smutkiem. Gdyby mnie spotkała na tej drodze! Lecz trudno czekać na przypadek!
– Trudno czekać – odezwał się znów człowiek – tak trudno i tak uciążliwie, że na cokolwiek czekasz, czekasz tylko na jedno: na koniec czekania, na wybawienie z czekania. Tak trudno, że to, czego się doczekasz, nie może już być piękne ani szczęśliwe, lecz staje się samo w sobie dziwne i jakby smutne, bolesne przez całe to czekanie – nawet nie wiem, jak to powiedzieć. Każde wybawienie jest takie: nigdy nie jest prawdziwym szczęściem.
Dlaczego on to mówi? – myślał Záruba; jakże miałbym nie być szczęśliwy, jeśli się doczekam?
– Czekali na samego Boga – mówił dalej człowiek – ach, jakimże człowiekiem był ten, który przyszedł, by wybawić ich z czekania? Nie było w nim wdzięku ani piękna, najostatniejszy z ludzi, mąż boleści; nasze choroby niósł i nasze cierpienia znosił, jakby nie był Bogiem.
– Dlaczego pan o tym mówi?
– Bo czekać, widzi pan, jest trudno; nawet Boga to łamie i upokarza. Czekaj przez lata na jakieś szczęście, wielkie i piękne zdarzenie; w końcu przyjdzie, małe jakieś i posępne jak jakiś ból; lecz ty powiesz: tak, Boże, to jest to, na co tyle lat czekałem, by mnie wybawiło!
– Co pan przez to rozumie?
– Rozumiem przez to: jedyną nagrodą za czekanie jest koniec czekania; i tylko dlatego warto czekać. Dlatego, dlatego trzeba czekać. To jest sens naszej wiary.
– Jakiej wiary?
– Jakiejkolwiek – powiedział człowiek i zamilkł.
Ludzie na korytarzu budzili się i zaczęli przechadzać. Bezzębna dziewczynka zasnęła teraz w ramionach matki, znikając pod szalem. Coś żywego przelało się przez korytarz; było bezcelowe i nieskładne, lecz poruszyło się i mogło trwać.
– Co pan miał na myśli, mówiąc o bogach? – zapytał nagle głośno Záruba.
– Byli piękni – mówił człowiek – wystarczyło szczęście albo przypadek, by ich zobaczyć i przez to samemu stać się trochę bogiem. Myślę więc: dziwne jest szczęście, tak osobliwa jest piękność i szczęście, że mogą się zdarzyć tylko cudem i przypadkiem. Lecz kto czeka, czeka na coś, co musi się stać; coś musi przyjść, co zakończy jego czekanie. Proszę spojrzeć, każdy czeka… i pan także; zeszliśmy z drogi radości, aby czekać na wielkie rzeczy. Ach, czekanie jest strasznym napięciem życia, niemal jak wiara. Lecz im więcej czekasz – cokolwiek przyjdzie, zostaniemy wybawieni. Proszę spojrzeć, już jest dzień.
Na dworzec wdarł się strumień ludzi ze śmiechem, kaszlem i krzykiem. Jak wielka miotła przeszedł hałas przez korytarz, zmiótł zaległą ciszę i poruszył zapylone głosy. Pasażerowie wstawali z ławek, strząsali pajęczynę snu i patrzyli na siebie bez niechęci, połączeni wspólną nocą. Lecz na zewnątrz, za oknami, świtał dzień.
Człowiek, który mówił, zniknął Zárubie w tłumie. Nowy tłum, bilety, krzyk i dzwonienie – Czarny, hałaśliwy pociąg wtoczył się na stację, wchłonął tłum, syknął, westchnął i ruszył ku celowi. Boże, tylko szybko – myślał Záruba – jeszcze nie wszystko stracone; wciąż pozostaje nadzieja.

Opowiadanie pochodzi z książki Boskie męki: opowiadania kryminalno-filozoficzne, dostępnej w księgarni Wydawnictwa CM.

Karel Capek, Boskie męki
Karel Capek, Boskie męki