Opowiadanie pochodzi ze zbioru: Bóg ojców swoich.
Jacob Kent przez całe życie cierpiał na chciwość. Ta z kolei zrodziła w nim chroniczną nieufność, a umysł i charakter tak się wypaczyły, że był człowiekiem niezwykle przykrym we współżyciu. Do tego był ofiarą skłonności do somnambulizmu i niezłomnie trzymał się swoich przekonań. Od kołyski był tkaczem, aż do chwili, gdy gorączka Klondike wdarła się w jego krew i oderwała go od krosien. Jego chata stała w połowie drogi między Sześćdziesiątą Milą a rzeką Stuart; ludzie, którzy zwykli wędrować szlakiem do Dawson, porównywali go do barona-rabusia, siedzącego w swej twierdzy i pobierającego myto od karawan korzystających z jego źle utrzymanych dróg. Ponieważ do skonstruowania tej postaci potrzebna była pewna doza historii, mniej wykształceni wędrowcy znad rzeki Stuart opisywali go w sposób jeszcze bardziej pierwotny, w którym na pierwszy plan wysuwało się mistrzostwo w doborze mocnych epitetów.
Chata ta, nawiasem mówiąc, nie należała pierwotnie do niego; zbudowało ją kilka lat wcześniej dwóch górników, którzy w tym miejscu spławili tratwę z bali w ramach zapasu na start. Byli to nader gościnni chłopcy i po ich odejściu podróżni znający trasę starali się docierać tam o zmierzchu. Było to bardzo wygodne, oszczędzało bowiem trudu i czasu rozbijania obozu; istniała też niepisana zasada, że ostatni wychodzący zostawia schludny stos opału dla następnego przybysza. Rzadko mijała noc, by nie stłoczyło się pod dachem od pół tuzina do dwudziestu ludzi. Jacob Kent dostrzegł te rzeczy, ogłosił zwierzchnictwo osadnicze i wprowadził się. Od tej pory znużeni wędrowcy byli łupieni na dolara od głowy za przywilej spania na podłodze, przy czym Jacob Kent ważył złoty pył i nigdy nie omieszkał uszczknąć na wadze. Poza tym tak to urządził, że jego przypadkowi goście rąbali mu drewno i nosili wodę. Było to jawne piractwo, lecz jego ofiary należały do rasy ludzi łatwego usposobienia i choć go nienawidziły, pozwalały mu mimo wszystko kwitnąć w jego grzechach.
Pewnego kwietniowego popołudnia siedział przed drzwiami – niby drapieżny pająk – dziwiąc się ciepłu wracającego słońca i wypatrując na szlaku potencjalnych much. U jego stóp leżał Jukon, morze lodu, znikające za dwoma wielkimi zakrętami na północy i południu i rozciągające się na uczciwe dwie mile od brzegu do brzegu. Po jego chropowatym grzbiecie biegł szlak sań – wąska, zagłębiona linia, osiemnaście cali szerokości i dwa tysiące mil długości, z większą liczbą przekleństw przypadających na stopę bieżącą niż na jakąkolwiek inną drogę w całym chrześcijaństwie.
Jacob Kent czuł się tego popołudnia wyjątkowo dobrze. Poprzedniej nocy padł rekord – sprzedał swoją gościnność nie mniej niż dwudziestu ośmiu przybyszom. Co prawda było potwornie niewygodnie i czterech chrapało mu przez całą noc pod pryczą, lecz za to worek, w którym trzymał złoty pył, zyskał zauważalnie na wadze. Ów worek, z migocącym żółtym skarbem, był zarazem największą radością i największą zmorą jego życia. W jego wąskim otworze mieściły się niebo i piekło.
Z natury rzeczy – nie było bowiem żadnej prywatności w jego jednoizbowej chacie – dręczył go nieustanny lęk przed kradzieżą. Tym brodatym, rozpaczliwie wyglądającym obcym bardzo łatwo byłoby go okraść. Często śniło mu się, że tak właśnie się stało, i budził się w objęciach koszmaru. Pewna wybrana grupa tych rabusiów nawiedzała go w snach nieustannie i poznał ich już całkiem dobrze – zwłaszcza opalonego przywódcę z rozcięciem na prawym policzku. Ten był najbardziej natrętny ze wszystkich i właśnie z jego powodu Jacob Kent, na jawie, skonstruował w chacie i wokół niej kilkadziesiąt kryjówek. Po ukryciu worka oddychał znowu swobodnie – czasem przez kilka nocy – aż znów przyłapywał Człowieka z Blizną na samym akcie wydobywania skarbu. Wówczas, budząc się w samym środku zwyczajowej szamotaniny, natychmiast wstawał i przenosił worek do nowej, jeszcze bardziej pomysłowej krypty.
Nie chodziło o to, że był bezpośrednią ofiarą tych majaków; wierzył jednak w znaki i w przenoszenie myśli, i sądził, że owi senni rabusie są projekcją astralną rzeczywistych osób, które w tych właśnie chwilach – bez względu na to, gdzie przebywały cieleśnie – knuły duchowo zamach na jego bogactwo. Tak więc dalej wysysał nieszczęśników, którzy przekraczali jego próg, i jednocześnie pomnażał swoje zgryzoty z każdą uncją, która trafiała do worka.
Gdy tak siedział, grzejąc się na słońcu, przyszła mu do głowy myśl, która poderwała go na równe nogi. Przyjemności życia osiągnęły swój szczyt w nieustannym ważeniu i przeważaniu złotego pyłu; lecz na tę miłą czynność padł cień, którego dotąd nie potrafił odgonić. Jego waga do złota była bardzo mała – w istocie jej maksimum wynosiło półtora funta, czyli osiemnaście uncji – podczas gdy jego skarb urósł do czegoś w rodzaju trzykrotności z nadwyżką tej miary. Nigdy nie był w stanie zważyć całości za jednym razem i dlatego uważał, że został pozbawiony nowego i nader pouczającego punktu kontemplacji. Pozbawiony tego, tracił połowę rozkoszy posiadania; co więcej, czuł, że ta nędzna przeszkoda umniejsza sam fakt posiadania – a wraz z nim jego siłę. To właśnie rozwiązanie tego problemu, które nagle błysnęło mu w umyśle, poderwało go z miejsca.
Uważnie sprawdził szlak w obie strony. Nikogo nie było widać, więc wszedł do środka.
W kilka sekund uprzątnął stół i ustawił wagę. Na jedną szalkę położył bite krążki odpowiadające piętnastu uncjom i zrównoważył je pyłem na drugiej. Zastąpiwszy odważniki pyłem, uzyskał dokładną równowagę trzydziestu uncji. Te z kolei ułożył razem na jednej szalce i znów doważył kolejną porcją pyłu. W tej chwili złoto się wyczerpało, a on obficie się pocił. Drżał z rozkoszy, upojony ponad miarę. Mimo to wysypał worek do ostatniego, najmniejszego ziarnka, aż równowaga została zachwiana i jedna szalka opadła na stół. Równowagę przywróciło jednak dodanie na drugą stronę jednego pennyweighta i pięciu granów. Stał tak z odchyloną głową, skamieniały. Worek był pusty, lecz możliwości wagi stały się nieograniczone. Na niej mógł ważyć każdą ilość – od najdrobniejszego ziarenka po funty. Mammon położył gorące palce na jego sercu.
Słońce toczyło się dalej ku zachodowi, aż jego blask wpadł przez otwarte drzwi wprost na obciążoną złotem wagę. Drogocenne stosy, niczym złote piersi spiżowej Kleopatry, odbijały światło miękką poświatą. Czas i przestrzeń przestały istnieć.
– Psiakrew, ależ pan tu ma parę ładnych funtów, co?
Jacob Kent obrócił się gwałtownie, sięgając jednocześnie po stojącą pod ręką dubeltówkę. Lecz gdy jego wzrok padł na twarz intruza, zachwiał się i cofnął oszołomiony. To była twarz Człowieka z Blizną!
Tamten przyglądał mu się z ciekawością.
– Och, spokojnie – powiedział, machając uspokajająco ręką. – Niech pan nie myśli, że chciałbym pana skrzywdzić albo ruszyć ten pański przeklęty pył. – Dziwny z pana gość – dodał zamyślony, obserwując pot spływający po twarzy Kenta i drżenie jego kolan.
– Czemu pan się nie odezwie i nie powie czegoś? – ciągnął, gdy drugi walczył o oddech. – Co się stało z tą pańską budą? Coś nie w porządku?
– S–s–skąd pan to ma? – zdołał w końcu wykrztusić Kent, unosząc drżący palec ku potwornej bliźnie, która przecinała policzek przybysza.
– Kamrat zwalił mnie marlspikiem z grotrei. A teraz, kiedy już pan ma swój szyld w porządku, chcę wiedzieć jedno: co to pana obchodzi? To chcę wiedzieć – co to pana obchodzi? Do kroćset, czy to pana boli? Za mało gładkie jak na pański gust? To właśnie chcę wiedzieć!
– Nie, nie – odparł Kent, osuwając się na stołek z chorobliwym uśmiechem. – Tak tylko… zastanawiałem się.
– Widziałeś kiedyś coś podobnego? – ciągnął tamten zaczepnie.
– Nie.
– A nie piękne?
– Tak. – Kent skinął głową z uznaniem, starając się przypodobać temu dziwnemu gościowi, zupełnie nieprzygotowany na wybuch, jaki nastąpił po tej próbie uprzejmości.
– Ty przeklęty, rozkwitły, brejastożerny synu morskiego szorownika! Co ty masz na myśli, mówiąc, że najohydniejsza rzecz, jaką Wszechmogący Bóg kiedykolwiek umieścił na twarzy człowieka, jest piękna? Co ty masz na myśli, ty…
I w tym miejscu ów ognisty syn morza wybuchnął potokiem orientalnych przekleństw, mieszając bogów i diabły, rody i ludzi, metafory i potwory, z tak dziką, brutalną siłą, że Jacob Kent znieruchomiał. Cofnął się, unosząc ramiona, jakby chciał zasłonić się przed fizyczną przemocą. Był tak doszczętnie roztrzęsiony, że tamten przerwał w pół zamachu wspaniałej perory i ryknął gromkim śmiechem.
– Słońce wybiło dno ze szlaku – powiedział Człowiek z Blizną pomiędzy kolejnymi napadami wesołości. – A ja tylko mam nadzieję, że pan doceni okazję do zadawania się z człowiekiem o takiej gębie jak moja. Podkręć ogień w tym swoim piecyku. Idę odpiąć psy i nakarmić je. I nie żałuj drewna, mój chłopcze – jest go tu do licha i trochę, a czasu masz aż nadto, żeby pomachać siekierą. I przynieś przy okazji wiadro wody. Żwawo! bo cię pogonię, jak Boga kocham!
Coś takiego było niesłychane. Jacob Kent rozpalał ogień, rąbał drewno, nosił wodę – wykonywał podłe prace dla gościa! Kiedy Jim Cardegee opuszczał Dawson, jego głowę wypełniały opowieści o nieprawościach tego przydrożnego Shylocka; a po drodze liczne ofiary Kenta dokładały swoje do rachunku jego zbrodni. Jim Cardegee, mając marynarską słabość do marynarskich kawałów, postanowił, gdy tylko zajrzy do chaty, sprowadzić jej mieszkańca o szczebel niżej. Że udało mu się to ponad wszelkie oczekiwania, musiał przyznać – choć nie miał pojęcia, jaką rolę odegrała w tym blizna na jego policzku. Skoro jednak nie rozumiał, widział przynajmniej strach, jaki wywoływała, i postanowił wykorzystywać go bezlitośnie, jak każdy nowoczesny handlarz wykorzysta dobrą sztukę towaru.
– Na ślepotę, aleś ty jest pracuś – powiedział z podziwem, przekrzywiając głowę, gdy gospodarz krzątał się po izbie. – Nigdy nie powinieneś był pchać się do Klondike. Na oberżystę to ty byłeś stworzony. A nieraz słyszałem, jak chłopaki w górę i w dół rzeki o tobie gadali, ale nie miałem pojęcia, żeś taki cholernie miły.
Jacob Kent poczuł potężne pragnienie, by wypróbować na nim swoją dubeltówkę, lecz fascynacja blizną była zbyt silna. To był prawdziwy Człowiek z Blizną – ten sam, który tak często okradał go w sferze ducha. A więc oto ucieleśniona istota bytu, którego astralna postać nawiedzała jego sny, człowiek, który tyle razy knuł zamach na jego skarb; stąd – nie mogło być innego wniosku – Człowiek z Blizną przyszedł teraz w ciele, by go ograbić. I ta blizna! Nie potrafił oderwać od niej oczu tak samo, jak nie mógł zatrzymać bicia serca. Choćby nie wiem jak się starał, wzrok wracał do tego jednego punktu z nieuchronnością igły do bieguna.
– To cię boli? – ryknął nagle Jim Cardegee, podnosząc głowę znad rozkładanych koców i napotykając zahipnotyzowane spojrzenie Kenta. – Zdaje mi się, że najlepiej byłoby, żebyś zwinął żagle, zgasił lampę i poszedł spać, skoro tak cię to męczy. A ruszaj się z tym, ty łajzo, bo jak mi Bóg miły, pociągnę cię za te twoje szczytowe nabytki!
Kent był tak zdenerwowany, że potrzebował trzech dmuchnięć, by zgasić lampę naftową, po czym wpełznął pod koce, nawet nie zdejmując mokasynów. Marynarz wkrótce chrapał potężnie na swoim twardym posłaniu na podłodze, lecz Kent leżał, wpatrując się w ciemność, z jedną ręką na strzelbie, zdecydowany nie zmrużyć oka przez całą noc. Nie zdążył ukryć swoich pięciu funtów złota i leżały one w skrzynce amunicyjnej u wezgłowia pryczy. Lecz mimo wszelkich wysiłków w końcu zapadł w drzemkę, z ciężarem pyłu ciążącym mu na duszy. Gdyby nie zasnął nieopatrznie z umysłem w takim stanie, demon somnambulizmu nie zostałby przywołany, a Jim Cardegee nie poszedłby następnego dnia na poszukiwanie złota z miską płuczkarską.
Ogień przegrywał walkę i w końcu zgasł, a mróz wdarł się przez omszałe szczeliny między belkami, wychładzając wnętrze. Psy na zewnątrz przestały wyć i, zwinięte w śniegu, śniły o niebach pełnych łososia, gdzie nie było poganiaczy ani im podobnych panów. W środku marynarz leżał jak kłoda, podczas gdy gospodarz niespokojnie się miotał, ofiara dziwnych fantazji. Gdy zbliżała się północ, nagle zrzucił z siebie koce i wstał. Zdumiewające było, że potrafił uczynić to, co nastąpiło, nie zapalając światła. Być może to właśnie przez ciemność trzymał oczy zamknięte, a może ze strachu, że ujrzy straszliwą bliznę na policzku gościa; jakkolwiek by było, faktem jest, że na ślepo otworzył skrzynkę z amunicją, wsypał do lufy strzelby solidny ładunek, nie gubiąc ani ziarnka, ubił go podwójnymi przybitkami, po czym wszystko odłożył na miejsce i wrócił do łóżka.
Ledwie świt położył swoje stalowoszare palce na pergaminowym oknie, Jacob Kent obudził się. Obróciwszy się na łokciu, uniósł wieko i zajrzał do skrzynki z amunicją. Cokolwiek zobaczył – albo czego nie zobaczył – wywarło na nim, zważywszy na jego neurotyczny temperament, bardzo osobliwy wpływ. Spojrzał na śpiącego na podłodze mężczyznę, delikatnie opuścił wieko i przewrócił się na plecy. Na jego twarzy spoczęła niezwykła cisza. Ani jeden mięsień nie drgnął. Nie było najmniejszego śladu podniecenia czy niepokoju. Leżał tak długo, myśląc, a gdy wstał i zaczął się poruszać, czynił to chłodno i opanowanie, bez hałasu i bez pośpiechu.
Tak się składało, że nad głową Jima Cardegee, w belkę kalenicową, wbity był solidny drewniany kołek. Jacob Kent, działając bezszelestnie, przewlókł przez niego kawał półcalowej liny manilowej, sprowadzając oba końce na dół. Jeden koniec obwiązał sobie wokół pasa, w drugi zaś wplótł biegnącą pętlę. Następnie napiął kurki dubeltówki i położył ją w zasięgu ręki, obok licznych rzemieni z łosia. Wysiłkiem woli zniósł widok blizny, nasunął pętlę na głowę śpiącego i zacisnął ją, odchylając się w tył i przenosząc ciężar ciała, jednocześnie chwytając strzelbę i biorąc ją na cel.
Jim Cardegee obudził się, dusząc się, oszołomiony, wpatrzony w podwójne studnie stali.
– Gdzie to jest? – zapytał Kent, jednocześnie luzując linę.
– Ty przeklę– ugh…
Kent po prostu znów odchylił się w tył, odcinając mu oddech.
– Przeklę– Bur– ugh…
– Gdzie to jest? – powtórzył Kent.
– Co? – wydyszał Cardegee, gdy tylko złapał oddech.
– Złoty pył.
– Jaki złoty pył? – zapytał zdezorientowany marynarz.
– Dobrze wiesz – mój.
– Nic o nim nie wiem. Za kogo mnie masz? Za skarbiec? Co ja mam z tym wspólnego?
– Może wiesz, a może nie wiesz, ale tak czy inaczej będę cię dusił, aż będziesz wiedział. A jeśli ruszysz ręką, odstrzelę ci łeb!
– Przestań, do ciężkiej cholery! – ryknął Cardegee, gdy lina się zacisnęła.
Kent na chwilę popuścił, a marynarz, wykręcając szyję jakby pod naciskiem, zdołał nieco poluzować pętlę i przesunąć ją tak, by punkt ucisku znalazł się tuż pod brodą.
– No? – zapytał Kent, oczekując wyznania.
Lecz Cardegee wyszczerzył zęby.
– Dawaj z tym wieszaniem, ty kwitnący, stary garkotłuku!
I tak, jak marynarz przewidział, tragedia przerodziła się w farsę. Cardegee był cięższy z tej dwójki, więc Kent, rzucając się ciałem w tył i w dół, nie zdołał unieść go nad ziemię. Choćby napinał się i wysilał do ostateczności, stopy marynarza wciąż tkwiły na podłodze, dźwigając część ciężaru. Reszta opierała się na punkcie ucisku tuż pod brodą. Nie mogąc go oderwać, Kent trzymał się kurczowo, zdecydowany albo udusić go powoli, albo zmusić do wyjawienia, co zrobił ze skarbem. Lecz Człowiek z Blizną nie dawał się dusić. Minęło pięć, dziesięć, piętnaście minut i w końcu, zrozpaczony, Kent opuścił więźnia.
– No cóż – rzekł, ocierając pot – skoro nie chcesz wisieć, to będziesz zastrzelony. Niektórzy ludzie w ogóle nie rodzą się do wieszania.
– A niezły byś tu bałagan zrobił na podłodze tej budy – odparł Cardegee, grając na zwłokę. – A teraz posłuchaj, zróbmy tak: połączmy umysły i pogadajmy rozsądnie. Zginął ci jakiś pył. Ty mówisz, że ja wiem, a ja mówię, że nie wiem. Zróbmy obserwację i obierzmy kurs…
– Do diabła z tym machaniem! – Kent wpadł w słowo, złośliwie naśladując wymowę drugiego. – Ja tu będę wyznaczał wszystkie kursy w tym całym kramie, a ty będziesz obserwował; i jeśli jeszcze coś zrobisz, przewiercę cię jak amen w pacierzu!
– Na miłość mojej matki…
– Którą niech Bóg ma w opiece, jeśli cię kocha. Aha! Chciałbyś? – udaremnił wrogie poruszenie, dociskając zimną lufę do jego czoła. – Leż spokojnie! Ruszysz choć włosem, dostaniesz kulę.
Zawsze to było dość niezgrabne zajęcie, z palcem nieustannie o krok od spustu; lecz Kent był tkaczem i po kilku minutach miał marynarza skrępowanego. Potem wywlókł go na zewnątrz i położył obok chaty, skąd mógł patrzeć na rzekę i obserwować, jak słońce wspina się ku południkowi.
– Teraz daję ci czas do południa, a potem…
– Co?
– Ruszysz na siarkowy szlak. Ale jeśli się przyznasz, zatrzymam cię, aż przejedzie następny oddział policji konnej.
– No, niech mnie diabli, jeśli to nie jest żart! – wrzasnął Cardegee. – Oto ja, niewinny jak baranek, a oto ty, wszystko pogubiłeś, rachuby ci się rozsypały, wpadłeś na mnie jak ślepy koń i chcesz mnie zgarnąć do piekielnego ognia. Ty kwitnący stary piracie! Ty…
Jim Cardegee puścił wodze swej plugawości i przeszedł samego siebie. Jacob Kent przyniósł stołek, by móc delektować się tym w wygodzie. Gdy marynarz wyczerpał wszystkie możliwe kombinacje swego słownika, ucichł i pogrążył się w twardym myśleniu, co chwila mierząc wzrokiem postęp słońca, które z nieprzystojnym pośpiechem rozdzierało wschodni stok nieba. Jego psy, zdumione, że dawno już nie zostały zaprzęgnięte, zgromadziły się wokół niego. Bezradność pana poruszyła bestie. Czuły, że coś jest nie tak, choć nie wiedziały co, i tłoczyły się przy nim, wyjąc żałośnie na znak współczucia.
– Czook! Mush-on! wy Siwasi! – krzyknął, próbując w robaczkowy sposób kopnąć je nogami, po czym odkrył, że chwieje się na krawędzi urwiska. Gdy tylko zwierzęta się rozpierzchły, poświęcił uwagę znaczeniu owej krawędzi, którą wyczuwał, choć nie mógł jej zobaczyć. I rychło doszedł do trafnego wniosku. Z natury rzeczy – rozumował – człowiek jest leniwy. Nie robi więcej, niż musi. Gdy buduje chatę, musi nasypać ziemi na dach. Z tych przesłanek wynikało logicznie, że nie będzie tej ziemi nosił dalej, niż to absolutnie konieczne. A zatem leżał na krawędzi dołu, z którego wydobyto ziemię na dach chaty Jacoba Kenta. Wiedza ta, właściwie użyta, mogła – jak sądził – przedłużyć sprawę; i wtedy zwrócił uwagę na rzemienie z łosiej skóry, które go wiązały. Ręce miał skrępowane za plecami i, naciskając na śnieg, wilgotniały od kontaktu. Wiedział, że to zwilżenie surowej skóry sprawi, iż będzie się ona rozciągać, i bez widocznego wysiłku starał się rozciągać ją coraz bardziej.
Łakomie wypatrywał szlaku i gdy od strony Sześćdziesiątej Mili na tle bieli zatoru lodowego pojawiła się na chwilę ciemna kropka, rzucił niespokojne spojrzenie na słońce. Wspięło się niemal do zenitu. Od czasu do czasu dostrzegał, jak czarna plamka wynurza się ponad lodowe garby i znika w pośrednich zagłębieniach; lecz nie śmiał pozwolić sobie na więcej niż przelotne spojrzenia, w obawie, by nie wzbudzić podejrzeń wroga. Raz, gdy Jacob Kent podniósł się i uważnie przeszukał szlak, Cardegee przeraził się; lecz psi zaprzęg trafił na odcinek biegnący równolegle do zatoru i pozostawała niewidoczna, aż niebezpieczeństwo minęło.
– Za to cię powieszą – zagroził Cardegee, próbując odwrócić uwagę tamtego. – A w piekle będziesz gnił, zobaczysz, jeśli nie.
– Słuchaj – zawołał po kolejnej pauzie. – Wierzysz w duchy?
Nagły wzdryg Kenta upewnił go, że trafił w sedno, więc ciągnął dalej:
– Bo duch ma prawo nawiedzać człowieka, co nie robi, jak obiecał; a mnie nie możesz sprzątnąć przed ósmą – to znaczy przed dwunastą – prawda? Bo jeśli to zrobisz, to będzie tak, że ja cię będę nawiedzał. Słyszysz? Minuta, sekunda za wcześnie – a będę cię straszył, jak Boga kocham, będę!
Jacob Kent wyglądał na niepewnego, lecz odmówił rozmowy.
– A jak tam twój chronometr? – naciskał Cardegee, próżno licząc, że wyrwie od kata jeszcze parę minut. – Jaka długość geograficzna? Skąd wiesz, że masz dobry czas? To czas z koszar masz, czy czas Kompanii? Bo jeśli zrobisz to przed uderzeniem dzwonu, nie zaznam spokoju. Ostrzegam cię uczciwie. Wrócę. A jeśli nie masz czasu, to skąd będziesz wiedział? O to mi chodzi – skąd będziesz wiedział?
– Wyślę cię jak należy – odparł Kent. – Mam tu zegar słoneczny.
– Nic niewart. Trzydzieści dwa stopnie deklinacji igły.
– Paliki są ustawione.
– A jak je ustawiłeś? Kompasem?
– Nie. Wyrównałem je z Gwiazdą Polarną.
– Na pewno?
– Na pewno.
Cardegee jęknął, po czym ukradkiem rzucił okiem na szlak. Sanie właśnie wyłaniały się zza wzniesienia, ledwie milę dalej, a psy szły lekkim galopem.
– Jak blisko są cienie od linii?
Kent podszedł do prymitywnego czasomierza i przyjrzał się mu uważnie.
– Trzy cale – oznajmił po chwili.
– Powiedz no, krzykniesz „ósma” zanim pociągniesz za spust?
Kent przystał na to i zapadła cisza. Rzemienie na nadgarstkach Cardegee’ego powoli się rozciągały i marynarz zaczął przeciągać je przez dłonie.
– No i jak blisko są cienie?
– Cal.
Marynarz poruszył się nieznacznie, by upewnić się, że w odpowiedniej chwili zwali się w dół, i zsunął pierwszy zwój z rąk.
– Jak blisko?
– Pół cala.
W tej samej chwili Kent usłyszał chrzęst i turkot płóz i skierował wzrok ku szlakowi. Woźnica leżał płasko na saniach, a psy pędziły prostym odcinkiem ku chacie. Kent obrócił się gwałtownie, unosząc karabin do ramienia.
– Jeszcze nie wybiła ósma! – zaprotestował Cardegee. – Będę cię straszył, na pewno!
Jacob Kent zawahał się. Stał przy zegarze słonecznym, może dziesięć kroków od swojej ofiary. Człowiek na saniach musiał dostrzec, że dzieje się coś niezwykłego, bo podniósł się na kolana, a jego bicz zaświstał złowrogo wśród psów.
Cienie zeszły się w linię. Kent spojrzał wzdłuż przyrządów celowniczych.
– Gotów! – rozkazał uroczyście. – Osiem sz…
Lecz ułamek sekundy za wcześnie Cardegee potoczył się w tył, w dół do jamy. Kent wstrzymał strzał i podbiegł do krawędzi. Bach! Strzelba wypaliła prosto w twarz marynarza, gdy ten podnosił się na nogi. Z lufy jednak nie poszedł dym; zamiast tego z boku lufy, tuż przy kolbie, trysnął płomień, a Jacob Kent runął na ziemię. Psy wpadły galopem na brzeg, wciągając sanie po jego ciele, a woźnica zeskoczył, gdy Jim Cardegee uwolnił ręce i wydostał się z dołu.
– Jim! – nowo przybyły poznał go. – Co się stało?
– Co się stało? Och, zupełnie nic. Po prostu robię takie drobnostki dla zdrowia. Co się stało, ty kwitnący idioto? Co się stało, co? Odwiąż mnie, albo ci pokażę! Ruszaj się, bo cię wyszoruję po pokładzie!
– Hm! – dodał, gdy tamten zabrał się do roboty nożem z pochwy. – Co się stało? Chcę wiedzieć. Tylko mi powiedz, co się stało, dobrze? Co?
Kent był zupełnie martwy, gdy przewrócili go na plecy. Obok leżała strzelba – stara, ciężka broń ładowana od lufy. Stal i drewno rozeszły się. Przy kolbie prawej lufy, z wybrzuszonymi na zewnątrz krawędziami, ziała szczelina długa na kilka cali. Marynarz podniósł ją z ciekawością. Przez pęknięcie wysypał się migotliwy strumień żółtego pyłu. Prawda dotarła do Jima Cardegee.
– Niech mnie piorun trzaśnie! – ryknął. – No to się porobiło! Toć tu jest jego przeklęty pył! Na Boga, a i ciebie, Charley, jeśli zaraz nie pobiegniesz po miskę do płukania!
Tłumaczenie: Sebastian Czarnecki
