Recenzja „Hindy” – debiutanckiej powieści Walerego Przyborowskiego

Przyborowski otwiera powieść efektowną, mroczną sceną: nocna zamieć, rozświetlana łuną pożaru Szydłowa, krzyżuje się z napadem w lesie i śmiercią ojca tytułowej bohaterki. Kilka stron wystarcza, by zarysować rejestr melodramatu i realizmu: zniszczone miasteczko, dwa końskie trupy, kruki nad ciałami (co pozwala sądzić, że autor znał zapewne twórzczość Edgara Allana Poego), a obok — decyzja bogatego kupca Samuela Beniego, który ratuje dziecko i bierze je pod opiekę wraz z „wianem” w postaci gdańskiego zboża. To rozszczepienie patosu i szczegółu społecznego będzie osią książki.

Hindę wychowują dwie sprzeczne logiki: surowy, religijny świat starej Ester i projekt „cywilizacyi” Beniego — nauka języków, kontakt z Europą, plan mariażu z jego synem-prawnikiem. Przyborowski z wyraźnym upodobaniem wkłada w usta Beniego długie passusy o ekonomii społecznej, roli kapitału i edukacji — to jeden z najciekawszych wątków modernizacyjnych w polskiej prozie lat 60. XIX w. Jednocześnie autor nie ucieka od stereotypizującego, programowego tonu: Żydzi są raz nazywani „żyjącymi mumiami starego świata”, innym razem pokazani jako zdolni do „zdrowego sądu o rzeczy”, jeśli zwrócą się ku postępowi. Ta ambiwalencja — empatia wobec jednostek i paternalistyczna krytyka zbiorowości — definiuje stanowisko autora powieści.

Osią fabuły jest jednak historia dojrzewania i miłości. Z zachwycającą czułością autor prowadzi Hindę od dziecięcych lęków i animistycznej wrażliwości po rozpalenie uczuć, kiedy w ogrodzie spotyka Henryka Sulimę, chrześcijanina, lekarza z sąsiedniego dworu. Ich rozmowy o kwiatach, gwiazdach i muzyce (w tym sugestywna scena improwizacji fortepianowej prowadząca do omdlenia) są pisane językiem pełnym obrazów i metafor; to miejscami czysta poezja prozą, miejscami — ornament, który przysłania psychologię. Kulminacyjny gest pedagogiczki, pani Deschamps, by „ratować” romans chrztem Hindy, odsłania program książki: asymilacja jako remedium na „przesąd społeczny”, a zarazem źródło nowych pęknięć (gorzkie echo słowa „przechrzcianka”).

Na tle 1869 r. „Hinda” jest utworem w znacznym stopniu nowatorskim: rzadko która polska powieść tak wcześnie stawia w centrum żydowską bohaterkę z własnym, bogatym wnętrzem i rozpisuje na serio miłość między Żydówką a chrześcijaninem, splatając ją z dyskursem o kapitale, edukacji i „cywilizacyi”. To zapowiedź późniejszych pozytywistycznych debat o asymilacji — tu jeszcze podszytych melodramatem i konwersją jako rozwiązaniem fabularnym. Oryginalność osłabiają dłużyzny publicystyczne i chwilami protekcjonalny ton wobec społeczności żydowskiej, ale całość imponuje odwagą tematu i rozmachem kompozycji.

Stanowisko autora? Asymilacyjne, „modernizacyjne”, z silnym komponentem etycznym. Przyborowski współczuje jednostkom (Hinda, Beni), obnaża pogardę części szlachty dla Żydów (Sulima-ojciec), lecz za realną przepustkę do wspólnoty uznaje edukację i — ostatecznie — konwersję. W tym sensie „Hinda” jest zarazem czułym romansem i ideowym projektem: propozycją wyrwania się z „stagnacyi” przez wejście w nowoczesność, nawet kosztem tożsamościowych kompromisów. .

Przyborowski wyprowadza z fabuły tezę: główną przyczyną „oceanu bólu” jego bohaterów jest „przesąd” — społeczno-religyjna bariera między wyznaniami. Nie chce „kreślić nowych ścieżek”, ale wskazuje jedno, konkretne lekarstwo: ślub cywilny. Z góry liczy się z oburzeniem („Są tacy, którzy się wzdrygną…”), a samą powieść przedstawia jako interwencję: „wrzuciłem w urnę ludzkości jedną łzę więcej”, by zwrócić uwagę na „przesąd straszliwy”. Ta końcówka zmienia romans w tendencyjny pamflet społeczny — tekst chce nie tylko wzruszać, lecz także zmieniać normy.

Co ważne, autor nie rezygnuje z odwołań religijnych: finał dopowiada inwokacją „Exsurge Domine, et judica causam Tuam!” — jakby prosił o „wyrok” ponadludzki dla sprawy, którą przed chwilą rozwiązał projektem świeckim (ślubem cywilnym). Ten splot retoryki postępowej i teologicznego patosu dobrze pokazuje jego epokę i własny rozkrok: świeckie narzędzie reformy, ale metafizyczna sankcja cierpienia i prawa. Datowanie (maj–czerwiec 1869) i podpis dobitnie wydzielają posłowie jako głos autora, a nie narratora — to deklaracja autorska, nie literacka sugestia.

Wniosek: posłowie zamyka interpretację sporu. Autor wprost staje po stronie integracji przez edukację i instytucję świecką (prawo), przeciwko obyczajowo-konfesyjnym barierom. To utwierdza nowatorstwo książki na rok 1869: nie tylko centralna, żydowska bohaterka i poważnie potraktowana miłość „mieszana”, lecz także jawny postulat reformy małżeństwa jako rozwiązania konfliktu, jasno wypowiedziany poza fabułą.