Słońce, które od rana paliło żółtą ścianę przeciwległych podwórek, powoli przesunęło się w uporczywej ciszy. Ściany naprzeciw są już w cieniu, wydaje się nawet, jakby od tego trochę się ochłodziło. Teraz wąski pas słonecznego światła zatrzymał się na framudze okna, będzie się rozszerzał, a kiedy wpadnie do pokoju, mężczyzna obok się obudzi, głośno ziewnie i przyjdzie tutaj, tak jak w każdą inną niedzielę. Maria wzdrygnęła się ramionami z bolesnym obrzydzeniem i opuściła szycie na kolana.
Opowiadanie pochodzi ze zbioru Kłopotliwe opowieści: opowiadania o zdradach małżeńskich:
Pustymi oczami zapatrzyła się w okno. Ten kasztan na podwórzu niedawno kwitł, ale teraz zostały tylko jakby objedzone płatki. Dlaczego człowiekowi obrzydnie nawet drzewo, które przecież niczemu nie zawiniło? Niespokojny, narastający, zbyt ciężki ciężar zalegał w piersi Marii. Gdyby chciała mówić o sobie, powiedziałaby, że to może wspomnienia; nigdy jednak nie mówiła o sobie ani swojemu mężowi, ani tamtemu drugiemu. Ale przecież to nawet nie są wspomnienia. To tylko tak, jakby cała przeszłość zwinęła się w ciężki kłąb; wystarczy uchwycić nitkę, a zaczyna rozwijać się wydarzenie za wydarzeniem, i to, które chciałaby przywołać dla własnej przyjemności, i to, które chciałaby na zawsze zapomnieć. Maria o niczym nie myśli, o niczym nie chce myśleć, ale wie o wszystkim, co mogłaby sobie teraz przypominać. Wszystko tu jest, i tak blisko, że boi się pomyśleć, by tego nie dotknąć.
Pasek światła słonecznego przeskoczył przez framugę okna.
Jest tu przede wszystkim bezradna świadomość, że każdy o tym wie, że każdy zna nawet szczegóły jej małżeńskiej zdrady. Ach, kiedyś znosiła to buntowniczo, gdy tylu ludzi dawało jej do zrozumienia, że wiedzą… Niektórzy robili to brutalnie, inni z bezwstydną poufałością, inni karcąco, a jeszcze inni – tylko że nie było nikogo, kto nie czułby się uprawniony powiedzieć jej czegoś strasznego. Tamta sąsiadka mruczy głośno o dziwkach, kiedy ją spotka; tamta druga kiwa głową i opowiada, że młody człowiek musi korzystać z życia, bo cóż niby ma z uczciwości; inna troskliwymi aluzjami wypytuje o męża, inna spluwa, inna nie odpowiada na pozdrowienie, jeszcze inna przelewa się krzykliwą sympatią i pod tym pretekstem przychodzi pożyczać wszystko, co się da – ach Boże, czy to wszystko naprawdę trzeba znosić?
Tak, z początku Maria zmuszała się do buntu; ale trudno buntować się przeciw własnemu złemu sumieniu. A potem płakała gwałtownymi, urażonymi, nieprzynoszącymi ulgi łzami. Nie mogła nawet poskarżyć się swojemu kochankowi, właściwie nigdy nie miała mu nic do powiedzenia, niemo schwytana w cichą, ciężką, ujarzmiającą miłość człowieka namiętnego i ociężałego. W końcu zaczęła udawać, że nie rozumie tych aluzji, że jej to nie dotyczy; człowiek przyzwyczai się do wszystkiego, ale przez to owo „wszystko” nie staje się czystsze, nie przemienia się, nie przeobraża…
Pasek słońca przesunął się na sznurki żaluzji.
A potem był jeszcze mąż. Z początku może nie wierzył w to, co ludzie mówili mu o jego żonie, lecz później rozdarła go rozpacz i nie odzywając się do niej ani słowem, rzucił się w pijaństwo. Pił straszliwie, on, człowiek tak uporządkowany, i stoczył się w żałosny sposób; w końcu zagrozili mu w urzędzie, że odeślą go na emeryturę, wtedy zaś nagle się odmienił, porzucił picie i zaczął żyć jak dawniej, nawet oszczędniej i bardziej domatorsko niż przedtem. Z Marią długo nie rozmawiał, lecz w końcu trzeba przecież porozumieć się co do wydatków, bielizny, jedzenia… Stał się jakiś wybredny i skąpy po swojej „poprawie”; potrzebował wiele względów i umiał się nimi zadowolić. Pewnego razu zastał w domu Baudyša, kochanka Marii; trzasnął drzwiami, na nikogo nie spojrzał i zaszył się w drugim pokoju; ale ledwie gość wyszedł, kazał zawołać się na kolację, początkowo milczał, a po jedzeniu zaczął mówić o byle czym z niezręcznymi przerwami człowieka, który wie, że właściwie powinien milczeć. Kiedy potem Maria wolała chodzić do mieszkania Baudyša, kilka razy urządził awanturę, że zbyt długo nie wracała. Tak, musiał czekać na kolację. Ludzie mówili, że jest wielkim dobrodusznym człowiekiem. Maria czuła do niego obrzydzenie, po części dlatego, że go zdradzała, po części dlatego, że zupełnie już o siebie nie dbał.
Promień słońca zsunął się na ścianę. Maria śledziła go jak wskazówkę fatalnego zegara. Jeszcze teraz słychać, jak mężczyzna obok regularnie chrapie; ale za chwilę zatrzeszczy tapczan, mąż ziewnie, z trudem się podniesie i drapiąc się po karku, z rozpiętą kamizelką, tylko w skarpetkach, przyjdzie do niej jak w każdą niedzielę. Potem chodzi po pokoju, obmacuje meble, ogląda szkody sprzed lat, burczy o wydatkach i ostrożnie, okrężną drogą zaczyna swoją dziwną cotygodniową rozmowę… Maria zadrżała. Zaczął to już dość dawno temu. Tysiąc razy mówił o tym, jak drogo kosztuje człowieka kobieta, ile pieniędzy pochłania małżeństwo. A najlepiej mają podobno – zaczął nagle – kawalerowie, którzy zadadzą się z mężatką. Ktoś inny ją utrzymuje, ktoś inny ją ubiera, a ich to nic nie kosztuje. Co najwyżej bukiecik fiołków – powiedział, patrząc nieruchomo na Marię. Im to przychodzi tanio – powtarzał rozwlekle, jakby odkrył coś nowego. Przez cały miesiąc żył tym tematem, a Maria myślała, że jest zazdrosny.
Pewnego razu przyszywała ozdoby do sukni. Przyszedł wyspany i zapytał, ile kosztują te koronki, ile kosztuje to i tamto… Zresztą nigdy szczególnie jej w takich sprawach nie ograniczał, może rozumiał, że potrzebuje być ładna; mimo to mówił o tym i narzekał na wydatki. Dziś – zaczął wtedy – jeden mężczyzna nie wystarczy, by ubrać swoją żonę; nie, jeden mężczyzna w dzisiejszych warunkach nie ma na to dość dochodów. Niektórzy mają to oczywiście tanio, kobieta nic ich nie kosztuje, jeśli nie jest ich własną… Maria zaczęła rozumieć, poczuła, jak serce stygnie jej w piersi, ale milczała, jakby jej to nie dotyczyło. Mąż patrzył na nią nieruchomym, ciężkim spojrzeniem i wypalił:
– A co Baudyš?
Po raz pierwszy wymówił jego nazwisko.
– Co z Baudyšem? – przeraziła się wtedy Maria.
– Nic – odpowiedział wymijająco, a po chwili: – Ciekawe, jakie on ma dochody.
Wtedy się to zaczęło, wspomina Maria. I od tamtej pory jest tak w każdą niedzielę. Czemu dziś tak długo śpi? – Przyjdzie i będzie się drapał po plecach.
– Rozmawiałaś z Baudyšem? I jak często? I co, dobrze zarabia?
Potem zaczyna mówić o sobie. Nie ma pieniędzy, potrzebowałby nowego kapelusza – ten jego jest już naprawdę ohydny; ale cóż poradzić, „skoro gospodarstwo wszystko pochłania”. Mówi sam do siebie. Marii rośnie w gardle ohydna gula, chciałaby ją wyrzucić z siebie. Mąż kiwa głową i kończy z osobliwym smutkiem:
– Ty się oczywiście o nic nie troszczysz.
Maria patrzy na przesuwający się promień i wbija paznokcie w dłonie. Gdyby choć tego wspomnienia mogła sobie oszczędzić! Było to kiedyś w mieszkaniu kochanka – właśnie po takiej niedzieli; Baudyš posadził ją na kanapie, ale broniła się i płakała; uważała, że musi płakać, i długo, bardzo długo dawała się prosić o wyjaśnienie: że mąż jest skąpy, że nie chce jej dać na sukienki ani na nic… Kochanek słuchał posępnie i jakby chłodno; był tak… może ociężały, że w duchu obliczał, ile to może kosztować. W końcu powiedział niepewnie i niechętnie:
– O to, Mario, ja się postaram.
Maria poczuła, że teraz mogłaby płakać bez udawania, ale tymczasem musiała pozwolić się całować; ach, więcej niż całować, ach, więcej niż dotąd!
Następnym razem czekał na nią z podarunkiem; była to materia na suknię, która jej się nie podobała; i wracała do domu złamana wstydem. Aż do tych dni spotykała się ze swoim kochankiem jak kobieta z mężem; jej objęcia były poważne i oddane; teraz jednak zamykała nad sobą oczy, aby nie wzdrygnąć się z obrzydzenia. Kiedy kroiła materiał, przyszedł mąż.
– To od Baudyša? – zapytał ożywiony.
Maria westchnęła i zaczęła szyć długimi ściegami. Szyła sobie jedwabną bluzkę; tę także kupił jej kochanek. W osobliwy sposób spodobało mu się obsypywanie jej kosztownymi darami; luksusowymi i uwodzicielskimi. Czasem myślała z radością, że tak bardzo ją kocha. Czasem jednak czuła inaczej, bywało jej straszliwie niedobrze; przepadła jej dawna powściągliwa, cierpliwa miłość, z tych podarków bił gorączkowy i rozwiązły powiew, a Maria zmuszała się do nienaturalnej, lekkomyślnej swobody, która nie dojrzewała w jej spokojnym i silnym ciele. Była to bolesna przemiana, którą kochanek przyjmował jak spragniony pijak, ale Maria jak coś natrętnego i odrażającego. Wydawało jej się to niewysłowienie grzeszne, ponieważ było sprzeczne z jej naturą; nie mogła się jednak bronić i przełykała wszystko, rozpaczliwie i bezskutecznie starając się o tym nie myśleć. Przed tygodniem zmuszał ją, żeby piła wino; sam był pijany. Odmówiła picia, lecz kiedy potem owiał ją jego pijany, gorący, rozszalały oddech, omal nie krzyknęła z przerażenia.
Promień słońca cicho przesunął się na fotografię jej matki. Była to okrągła, jasna, pogodna twarz wiejskiej kobiety, która rodziła dzieci i oddała życiu wszystko, co od niego otrzymała. Ręce Marii opadły na kolana; nawet oddech męża ucichł, panował palący upał i najbardziej przytłaczająca cisza. Wtedy mężczyzna obok jęknął, kanapa zatrzeszczała, podłoga zaskrzypiała pod niepewnymi krokami. Maria zaczęła szybko szyć. Mąż otworzył drzwi, głośno ziewnął i cały rozchełstany, otępiały snem, spocony, drapiąc się po karku, wszedł do niej. Maria nawet nie podniosła oczu i szyła jeszcze szybciej.
Mąż chodził po pokoju w skarpetkach, pochylał się nad nią, ziewnął i powiedział:
– Co szyjesz?
Maria nie odpowiedziała, tylko rozłożyła swoją robotę, żeby zobaczył.
– To masz od Baudyša? – zapytał bez zainteresowania.
Wzięła igłę do ust i milczała. Mąż westchnął i fachowo macał jedwab, jakby się na tym znał.
– To masz od Baudyša – odpowiedział sam sobie na pytanie.
– Już dawno – powiedziała Maria kątem ust.
– Ahaaa – ziewnął mąż i zaczął chodzić po pokoju.
– Proszę cię, włóż chociaż pantofle – odezwała się po chwili Maria.
Mąż milczał i chodził dalej.
– No więc – zaczął – ciągle te łachy! Po co właściwie… takie głupstwa. Że ci nie żal pieniędzy. Że ci, Mario, nie żal pieniędzy!
– Przecież ty za to nie płacisz – powiedziała Maria twardo. Wiedziała, że zaczyna się ta sama rozmowa co przez tyle niedziel.
– Nie płacę – powtórzył mąż. – To jasne, że nie płacę. Skąd miałbym na to brać? Ja… muszę płacić inne rzeczy. Znowu mam opłacić ubezpieczenie… Na zbytki nas nie stać. Ty nie liczysz, ile się wydaje. Sto dwadzieścia za czynsz. I ubezpieczenie. Tobie wszystko jedno. Rozmawiałaś z Baudyšem?
– Rozmawiałam.
– Ach tak, Boże – ziewnął mąż i patrzył na robotę Marii. – Że ci, Mario, nie żal tych pieniędzy. Wiesz, ile może kosztować taki materiał?
– Nie.
– Ile razy z nim rozmawiałaś w tym tygodniu?
– Dwa razy.
– Dwa razy – powtórzył zamyślony. – Szkoda tych pieniędzy. Przecież masz już tyle tych łachów! Posłuchaj, Mario!
Młoda kobieta pochyliła głowę; teraz to nadejdzie.
– Już od dwóch lat nic nie odłożyliśmy. Tak to jest, Mario. A gdyby przyszła choroba albo coś… Byleś tylko miała swoje stroje, prawda?
Maria uparcie milczała.
– Powinniśmy coś odłożyć; a potem węgiel na zimę. Chciałbym, żebym na starość… żebyś ty miała… Chociaż o własnej starości mogłabyś pomyśleć!
Zapadła bolesna cisza; Maria przewlekała igłę, sama nie wiedząc czym. Mąż patrzył przez okno ponad jej jasną głową i chciał coś powiedzieć; wtedy zadrżała mu biedna, nieogolona, poplamiona obiadem broda…
– Przestań! – krzyknęła Maria.
Broda opadła, mąż przełknął ślinę na sucho i powiedział:
– Wiesz, ja też potrzebowałbym ubrania; ale wiem, że nas na to nie stać. Tak to jest, Mario.
Usiadł zgarbiony i patrzył w ziemię.
Maria ryła igłą w jedwabiu. Tak, tydzień temu mówił to samo; rozpłakałaby się nad jego znoszonym ubraniem. Codziennie je obracała w rękach, znała każdą postrzępioną nitkę; już się wstydziła, kiedy szedł w nim do biura.
Wczoraj była u kochanka; szła do niego z gotowym planem, ale nie wyszło tak, jak chciała. Usiadła mu na kolanach (myślała, że tak trzeba w danych okolicznościach) i zmuszała się do swobodnej wesołości; natychmiast się wyprostował i zapytał, czego chce. Zaśmiała się i powiedziała, żeby już nie kupował jej prezentów; że wolałaby sama kupować to, co chce, gdyby tylko miała za co… Spojrzał na nią i opuścił ręce.
– Wstań – powiedział i podniósł się, chodził po pokoju, potem odliczył dwieście koron i położył je obok jej torebki.
Ach, umyślnie zostawiła torebkę na stole, pomyślała o tym wcześniej; dlaczego nie zrozumiał, dlaczego pozwolił, by przy pożegnaniu musiała zbierać te banknoty i pośpiesznie, niezgrabnie wpychać je do torebki? Dlaczego przynajmniej się nie odwrócił, kiedy to robiła, dlaczego patrzył na to uważnym i skupionym wzrokiem?
Maria śledziła suchymi, wielkimi oczami czubek swojej igły; nieświadomie darła jedwab, wycinała w nim zygzakowatą dziurę z bezmyślną uwagą…
– Tak to jest, Mario – odezwał się ciężko mąż. – Nie mamy dość pieniędzy.
– Moją torebkę – powiedziała rozdrażniona Maria.
– Czego chcesz?
– Weź… moją torebkę!
Otworzył torebkę; znalazł zmiętą garść banknotów, które wczoraj tam wepchnęła.
– To twoje? – wyrwało mu się.
– Nasze – powiedziała Maria.
Mąż patrzył nieruchomo na pochyloną szyję swojej żony; nie wiedział, co powiedzieć.
– Mam je schować? – zapytał cicho.
– Jak chcesz.
Przestępował w skarpetkach z nogi na nogę, szukając słowa obelgi albo czułości; w końcu bez słowa poszedł z pieniędzmi do sąsiedniego pokoju. Był tam długo; kiedy wrócił, zastał Marię tak samo pochyloną, rozdzierającą jedwab igłą.
– Mario – powiedział łagodnie – nie chciałabyś pójść ze mną na spacer?
Maria pokręciła głową.
Mąż stał bezradnie; przecież teraz nie sposób było rozmawiać…
– No cóż, Mario – odezwał się w końcu z ulgą – może poszedłbym dziś do kawiarni? Przecież już od lat tam nie byłem…
– Idź – szepnęła Maria.
Ubierał się, nie wiedząc, o czym mówić. Maria nawet się nie poruszyła, pochylona nad barwnym jedwabiem, piękna, pełna, niema…
Ubierał się szybko, jakby chciał uciec; jeszcze w drzwiach zawahał się, zatrzymał i powiedział niepewnie:
– A wiesz, Mario, gdybyś miała ochotę wyjść… to… możesz. Zjadłbym kolację gdzieś na mieście.
Maria położyła głowę na rozdartej tkaninie jedwabiu. Tego dnia nie został jej dany dar płaczu.
Opowiadanie pochodzi ze zbioru Kłopotliwe opowieści: opowiadania o zdradach małżeńskich:
